Milczenie jest złotem, czyli o komunikacji niewerbalnej


Wiadomo, że komunikowanie się interpersonalne to nie tylko słowa, ale również gesty, mimika, postawa, czyli to wszystko, co nazywamy komunikacją niewerbalną. Dość łatwo odczytać dane sygnały, jednak często nie do końca wiadomo, na czym polega ich rzeczywiste oddziaływanie. Czy wszystkie są jednakowo zrozumiałe? Akwizytor próbujący sprzedać nam odkurzacz najnowszej generacji uzbrojony jest zazwyczaj w uśmiech potrafiący roztopić nawet najbardziej skąpe serce, jednak czy jest on naprawdę szczery? Jakie sygnały niewerbalne towarzyszą oczywistemu kłamstwu?

Kłamca, kłamca

W większości wypadków udawania występujących między interlokutorami, istnieje raczej unikanie myśli lub powstrzymywanie emocji niż celowe mówienie nieprawdy. Nie zmienia to faktu, że pewne elementy komunikacji niewerbalnej to oczywiste sygnały świadczące o tym, że ktoś kłamie podczas rozmowy. Aby nadać większego dramatyzmu ich analizie, rozważę je na przykładzie rozmowy kwalifikacyjnej. Najczęściej wśród kandydatów można zaobserwować zbyt kurczowe trzymanie się krzesła, drapanie się po nosie oraz uśmiechanie się, bez podnoszenia brwi. Te zachowania nie wynikają bynajmniej ze stresu (choć ten zapewne też daje się we znaki), a z mówienia nieprawdy. Są one próbą zamaskowania tego, że zwyczajnie – mówiąc mało elegancko – wciskamy przyszłemu pracodawcy kit. Innym sygnałem, który zwraca uwagę jest nasilenie gestykulacji. Oznacza to, że osoba próbuje zrzec się odpowiedzialności za wszystko, o czym mówi się w trakcie rozmowy. Bardzo niewiele osób prowadzących rozmowy kwalifikacyjne potrafi jednak zauważyć sygnały świadczące o kłamstwie. Dla poszukujących pracy to z pewnością dobra wiadomość.

Jak przyciągnąć uwagę?

To nie koniec dobrych wiadomości. Istnieją elementy komunikacji niewerbalnej, które umożliwiają kontrolę nad tym, która z części Waszego przekazu będzie najlepiej zapamiętana przez inne osoby. Gdy dotrzecie już do komunikatu, na którego podkreśleniu najbardziej Wam zależy, podnieście prawą rękę do prawego oka (zakładając, że jesteście praworęczni). Kiedy dłoń znajdzie się na wysokości oka, powtórzcie ważną informację, którą chcecie przekazać pozostałym. Ten prosty gest potrafi zdziałać cuda. Rozmówca będzie śledził ruch Waszej ręki, a to z kolei zmusi go do nawiązania z Wami kontaktu wzrokowego. Kiedy już go nawiążecie, powtórzenie informacji spotęguje jego znaczenie i pozwoli mieć pewność, że będzie on zapamiętany. Proste? A jakie skuteczne. Inna niewerbalna sztuczka pomoże skupić na sobie uwagę w analogicznej sytuacji: kiedy to Wy jesteście słuchaczami. Jednocześnie, bez wszczynania dyskusji pozwoli na zdemaskowanie ewentualnego kłamcy. Wystarczy, że w trakcie rozmowy odchylicie się lekko na krześle czy fotelu i zaczniecie pocierać brodę. Najprawdopodobniej w tym momencie Wasz rozmówca zmieni kierunek rozmowy, chcąc ratować sytuację. Ten gest zostanie bowiem przez niego odczytany jako sygnał, że nie zgadzacie się z tym, co właśnie powiedział.

Płynność kulturowa

Na koniec kilka słów o zjawisku zwanym „płynnością kulturową”, którego używa się opisując osobę nie tylko posługującą się obcym językiem, ale również zachowującą się w sposób właściwy dla swojego pochodzenia. Każdy naród ma własne, zakodowane w tradycji reakcje i zachowania. W związku z tym tak ważne jest, aby przed wyprawą do innego kraju zapoznać się z najważniejszymi obyczajami mieszkańców. To pozwoli uniknąć popełnienia miażdżącego faux pas, które na zawsze pozostanie w pamięci wzburzonych obywateli. Pół biedy, jeśli wpadka jest „tylko” żenująca, ale co wtedy, gdy zostanie zinterpretowana jako rozmyślnie obraźliwa? Najprostszy przykład to zachowanie w świątyniach na Bliskim Wschodzie, do których nie wolno wchodzić z odsłoniętymi ramionami i kolanami. Złamanie tej zasady jest bardzo źle postrzegane, podobnie jak zaczepianie kobiet, dlatego jeśli chcecie zapytać o drogę, lepiej poproście o pomoc mężczyznę. Różnorodność komunikatów niewerbalnych sprawia, że trzeba być przygotowanym na borykanie się z niejasnościami nie tylko w naszej rodzimej kulturze, ale na całym świecie. Jest to nieodłączny element tak elastycznego systemu, jakim jest mowa ludzka.

Autor: Katarzyna Woźniak

Tożsamość społeczna, czyli kim jesteśmy i dokąd zmierzamy

Mogłoby się wydawać, że nie ma nic prostszego niż odpowiedź na pytanie „kim jestem?”. To przecież oczywiste: jestem kobietą, mężczyzną, studentem, synem, Polakiem, wielbicielem piłki nożnej, pasjonatką książek…Czy aby na pewno kilka pierwszych skojarzeń wystarczy, by określić naszą tożsamość społeczną? Gdyby tak było, ten artykuł w ogóle by nie powstał, albo w najlepszym razie skończył się po tych paru zdaniach. Czym więc jest tożsamość społeczna? Albo raczej – z czego się składa?

Po pierwsze i najważniejsze – osobowość

W programach typu „talent show” o ewentualnym sukcesie uczestników bardzo często decyduje to, czy – według szacownego jury – mają oni osobowość. Tym samym słowo to błyskawicznie urasta do rangi złotego medalu, który trzeba zdobyć, aby cieszyć się uwielbieniem fanów i niesłabnącą popularnością. Nikt jakoś dotychczas nie pomyślał, że osobowość nie jest czymś, co się nabywa lub co można mieć, albo nie mieć. Uwaga i apel do wszystkim mądrych głów podcinającym skrzydła na oczach milionów widzów ludziom „bez osobowości”: osobowość ma każdy. Niezależnie od tego, czy potrafimy śpiewać, tańczyć, połykać ogień czy jeździć na rowerze bez trzymanki, każdy z nas posiada zestaw indywidualnych, unikalnych cech, które mają wpływ na nasze zachowanie i komunikowanie się z innymi. Jest to pierwszy element tożsamości społecznej, który jednak dopiero w towarzystwie dwóch pozostałych składa się na jej pełny obraz.

Koncepcja „Ja”

Czymś naturalnym jest dla nas fakt, iż potrafimy myśleć o wykonywanych przez siebie czynnościach i reakcjach. Zazwyczaj nie zastanawiamy się jednak, jak wiele rzeczy możemy zrobić dzięki tej umiejętności. Umożliwia nam ona snucie planów na przyszłość i refleksji na temat wcześniejszych życiowych doświadczeń. W skrócie – rozwijanie koncepcji „Ja”. Oznacza to, że możemy również poszerzać swą wiedzę na temat tego, jak inni nas postrzegają i jak my sami chcielibyśmy być postrzegani przez innych. „Ja”, czyli nasz obraz siebie to koncepcja, którą kierujemy się w codziennym życiu, często nieświadomie, niejako niechcący. Pełni ona funkcję „podręcznego organizera”: wiemy, co mamy robić i nie musimy przez cały czas myśleć w najdrobniejszych szczegółach o wykonywanych czynnościach. Jak koncepcja „ja” wiąże się z osobowością? Jeśli masz bardzo ekstrawertyczną osobowość, prawdopodobnie będziesz postrzegał siebie jako osobę towarzyską, lubianą i czującą się pewnie wśród ludzi. To natomiast determinuje przyjmowanie ról, które podkreślą ten wizerunek, takich jak np. wodzirej na imprezie lub organizator przyjęć.

Aktorstwo mimo woli

Wspomniane wyżej wcielanie się w role to ostatni z elementów tworzących tożsamość społeczną. Można tutaj odnaleźć analogię do ról odgrywanych w teatrze przez aktorów – my sami stajemy się aktorami, gdyż większość życia spędzamy na graniu ról, które są w znacznym stopniu ustalone z góry. Już William Shakespeare zauważył, że „świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”. Mimo, iż społeczeństwo składa się z różnych jednostek, to jednak każda z nich ma określone miejsce w hierarchii, a także rolę wymagającą konkretnych postaw i zachowań. Zakładanie różnych masek pozwala dostosować się do otoczenia, w jakim w danej chwili przebywamy, a także pomaga dowiedzieć się, co i w jaki sposób komunikować innym. Wcielanie się w role, często automatyczne i czynione przez nas zupełnie nieświadomie, ułatwia zrozumienie danego społeczeństwa.

Te trzy elementy ludzkiej natury – osobowość, koncepcja „Ja” oraz role odgrywane w społeczeństwie nie mogą istnieć oddzielnie. Jeśli ludziom narzuci się jakieś role, to może to wpłynąć zarówno na ich postrzeganie siebie samych, jak i na osobowość. Widać więc, że jedynie razem elementy te składają się na zagadnienie, które nazywamy tożsamością społeczną.

Autor: Katarzyna Woźniak

„Nie martw się, bądź szczęśliwy”, czyli jak poskromić ciągły niepokój

„Don’t worry, be happy” – to proste motto płynące z popularnej pod koniec lat 80-tych piosenki Bobby’ego McFerrina powinno być życiową dewizą każdego z nas. Ów refren, nucony po dziś dzień przez miliony ludzi na świecie, rzadko jednak staje się czymś więcej niż tylko prostą melodyjką. Błąd. Martwienie się wszystkim, począwszy od złej pogody, a skończywszy na dwójce z egzaminu tworzy samonapędzającą się autodestrukcję. Czas ją przerwać.

Strach – Twój wróg

Zapewne każdemu z Was (no, może oprócz prawdziwych prymusów) przynajmniej raz w życiu przytrafiła się sytuacja, w której siedząc na Bardzo Ważnym Egzaminie, w głowie mieliście totalną pustkę, tak wielką, że nie majaczyła w niej nawet iskierka nadziei. Co się wtedy z Wami działo? Spocone dłonie, krew pulsująca w skroniach, przyspieszony oddech, słowem – milczące wołanie o pomoc, skąd już tylko krok do ataku paniki. Taka reakcja pod wpływem ogromnego stresu to coś zupełnie naturalnego. Problem pojawia się wtedy, gdy towarzyszy jej lawina myśli – bynajmniej nie na temat egzaminacyjnych pytań. Gorączkowe myślenie o konsekwencjach nie zaliczenia testu (zawiedzione nadzieje, poprawka, kolejne noce nad stertą książek) krępuje umysł, zamykając go całkowicie w pętli lęku. Jedynym sposobem na poradzenie sobie z paraliżującym strachem jest odrzucenie złych myśli. Wbrew pozorom, jest to łatwiejsze, niż się wydaje.

Złe myśli precz!

Niepokój może w znacznym stopniu zakłócać zdolność rozumowania. Skupianie się na negatywnych emocjach ukierunkowuje uwagę umysłu na to, co jest ich przedmiotem, niwecząc całkowicie próby skupienia się na czymś innym. Upośledzeniu ulega wówczas tzw. „pamięć operacyjna”, która przechowuje wszystkie informacje związane ze stojącym przed nami zadaniem. Jeśli zostanie zdominowana przez przykre uczucia – z konstruktywnego myślenia nici. Aby ją przed tym uchronić, należy włączyć pozytywne myślenie. Po prostu. Nawet, jeśli jesteś pesymistą, jakich mało, dla którego szklanka jest zawsze do połowy pusta. Pozytywna motywacja to w tym wypadku najlepsza lekcja, dzięki której nauczysz się patrzeć na świat – i na siebie! – przez jeśli nie różowe, to przynajmniej pastelowe okulary. Uszeregowienie zapału, entuzjazmu i wiary we własne możliwości pozwoli „odblokować” umysł i pozbyć się obawy przed czekającym Cię zadaniem.

Nie daj się frustracji

Entuzjazm i wytrwałość mimo niepowodzeń to dwie główne cechy, które charakteryzują osoby odnoszące sukcesy we wszelkiego rodzaju konkursach i zawodach. Mimo, że często poziom ich zdolności nie odbiega od umiejętności innych osób, to właśnie zaangażowanie i nie poddawanie się porażkom jest gwarancją ich powodzenia. Widać więc, że sukces bazuje głównie na emocjonalnych cechach. Wystarczy zmienić swoje nastawienie i zamiast następnym razem, podczas kolejnego Bardzo Ważnego Egzaminu kulić się na krześle z obawy przed porażką, powtarzać jak mantrę: „Dam radę, jestem zdeterminowany i stać mnie na to, by zdać ten egzamin”. A gdy ujrzysz w indeksie ocenę wyższą od marnej dwói, przekonasz się na własne oczy, że wiara w siebie czyni cuda.

Autor: Katarzyna Woźniak

foto: altmd.com

Jak wzbudzać sympatię? O atrakcyjności personalnej słów kilka

Czy zastanawiałeś/aś się kiedyś, dlaczego bardziej lubisz jedną osobę od innej? Dlaczego z kimś się przyjaźnisz czy w kimś się zakochałeś/aś? Psychologowie wyróżniają kilka determinant atrakcyjności interpersonalnej.

Efekt bliskości i częstości kontaktów

Im częściej widzimy się z drugą osobą, kontaktujemy się z nią, tym istnieje większe prawdopodobieństwo, że zostanie ona naszym przyjacielem. To bardzo logiczne, bo przecież kiedy spotykasz kogoś codziennie, rozmawiasz z nim/nią często, to poznajesz go/ją coraz lepiej.

Psychologowie przeprowadzili różne eksperymenty potwierdzające tę tezę. Na przykład M. Segal wskazała nieznającym się studentom miejsca w akademikach kierując się tylko kolejnością alfabetyczną. Po pewnym czasie poprosiła każdą osobę o wskazanie 3 przyjaciół. Jak się okazało, wybory studentów poszły po linii bliskości „alfabetycznej”.

Wygląd zewnętrzny

Nie ma różnicy między mężczyznami a kobietami – wszyscy zwracamy uwagę na wygląd fizyczny. Atrakcyjność fizyczną wiążemy z innymi cechami, np. charakteru. Jesteśmy przekonani, że takie osoby są  bardziej inteligentne, zrównoważone, niezależne, przystosowane społecznie, osiągają więcej sukcesów. (Choć z drugiej strony czasem uważa się, że piękne osoby są próżne, egoistyczne, zarozumiałe.)

A. Walster przeprowadziła eksperyment, w którym losowo dobrano początkujących studentów na randki w ciemno. Po spotkaniach osoby oceniały się nawzajem i spędzony wspólnie czas. Z wielu możliwych cech, które mogłyby wpływać na korelacje między ludźmi, zdecydowanie dominująca była właśnie atrakcyjność fizyczna.

Podobieństwo partnerów

Im bardziej kogoś poznajemy, tym więcej czynników zaczyna mieć znaczenie. Dostrzegamy uprzejmość, uczciwość, otwartość, upodobania i zainteresowania drugiej osoby. Istotne stają się wówczas wspólne wartości. Bo jak przyjaźnić się z kimś, kto ma całkowicie odmienny pogląd na ważną dla nas kwestię?

Każdy z nas potrzebuje wsparcia, a można go oczekiwać właśnie od osób, które wyrażają podobne postawy. Świadomość, że nie jesteśmy osamotnieni w danym poglądzie, jest dla nas bardzo ważna.

Przyciąganie się przeciwieństw

Idea dopełniania się (komplementarności) polega na tym, że dla osób nieśmiałych bardziej atrakcyjne są osoby otwarte, dla osób uległych – dominujące, dla milczków – gaduły, dla introwertyka – ekstrawertyk. O ile podobieństwo odgrywa ważną rolę na początku znajomości, to w późniejszej fazie istotna staje się komplementarność. Przecież ciekawsze jest poznawanie osoby innej niż ja sam/a, wyróżniającej się innymi cechami osobowości (ale dalej ważne są wspólne wartości).

Obsypywanie pochwałami

Bardziej atrakcyjne są dla nas te osoby, które nas chwalą i obsypują nas komplementami. Sposób stary jak świat! Ale trzeba uważać, żeby nie przesadzić, bo paradoksalnie nie lubimy tych, którzy chwalą nas bezkrytycznie. Ceni się tylko te pochwały, które odnoszą się do naszych aspiracji, osiągnięć.

Lubię Cię!

Lubimy być lubiani. To przecież takie proste – kiedy ktoś nas lubi, to i my prawdopodobnie go polubimy. Początkowo wystarczy tylko wiara w to, że ktoś nas lubi – to automatycznie popycha nas w kierunku tej osoby. Nie ważne, czy są to znaki werbalne czy niewerbalna. To, jak bardzo lubią nas inni ludzie, ma też ogromny wpływ na to, czy i jak my siebie samych lubimy  – akceptujemy.

Spójrz przez chwilę „z boku” na swoje znajomości – czy w gronie najbliższych Ci osób nie potwierdza się większość tych elementów?

Autor:  Magdalena Gładysz

foto: kisielkowo.glamblog.pl

Kilka prostych metod, dzięki którym nauczysz się kontrolować złość

Jak brzmi słowo najczęściej (nad)używane przez Polaków? Wystarczy, że podpowiem, że chodzi o wulgaryzm i już wszystko powinno być jasne. Pełen ekspresji wyraz na „k” idealnie pasuje do zobrazowania niemalże każdego uczucia (wszystko zależy od odpowiedniego akcentu), jednak nie da się ukryć, że jego najpopularniejszym towarzyszem jest złość. Co zrobić, aby ograniczyć użycie tak często cisnącego się na usta słowa? To proste – mniej się złościć. Tylko…jak tego dokonać?

Oddychaj głęboko!

Złościmy się praktycznie na wszystko. Rano – wylana na czyste ubranie kawa, korki w drodze do pracy, po południu – kontrolna wizyta u lekarza, kolejki w sklepach, a wieczorem odwołany koncert, na który czekaliśmy wieki. Każda taka sytuacja to punkt zapalny: pstryk! i już jesteśmy gotowi ciskać gromy na wszystkich wokół. Istnieją na szczęście proste sposoby, aby wyzwolić się z tej przytłaczającej niewoli namiętności. Po pierwsze: kilka głębokich oddechów. Choć metodę tę praktykowali zapewne już starożytni Rzymianie, okazuje się skuteczna do tego stopnia, że psychologowie jak świat długi i szeroki polecają ją w pierwszej kolejności. Po dziś dzień pozostaje ona wzorcowym przykładem na to, jak uśmierzać złość. Pozwala odzyskać równowagę fizjologiczną poprzez przeczekanie przypływu adrenaliny. Tak więc kiedy tylko ogarnia cię wściekłość, pamiętaj: wdech i wydech, wdech i wydech…

Odpuść sobie…

Drugi sposób na radzenie sobie ze złością jest nieco trudniejszy i wymaga większego skupienia się na sytuacji, która wywołała tak nieprzyjemne emocje. Należy uchwycić myśli wyzwalające przypływy wściekłości i przeciwstawić się im, ponieważ to właśnie pierwsza ocena zdarzenia „nakręca” wybuch gniewu, a każda następna – jeśli pozostaje taka sama – jeszcze bardziej go podsyca. W związku z tym bardzo ważny jest moment, w którym decydujemy się na przeciwstawienie się owym myślom. Jeśli uda się go uchwycić – pełen sukces. Zamiast więc bez chwili zastanowienia wrzeszczeć na palanta, to znaczy pana, który „przypadkiem” zajechał ci drogę, postaraj się odeprzeć wszelkie obraźliwe określenia cisnące się w tej chwili na usta. Daj spokój ze strzępieniem sobie języka i spróbuj stawić czoło myślom wywołującym złość.  Tym samym zaoszczędzisz sobie i nerwów, i czasu na dyskusje z „genialnym” kierowcą.

„Muszę ochłonąć”

Ostatnią – ale wcale nie najgorszą! – metodą pomocną przy opanowaniu złości jest tzw. wyjście dla ochłonięcia. Jeśli czujesz buzującą w żyłach krew i masz wrażenie, że lada moment zaczniesz przypominać postać rodem z kreskówki z buchającą z uszu parą, wyjdź zaczerpnąć świeżego powietrza. Tylko uwaga! Nie próbuj wówczas wsiadać do samochodu i pędzić w siną dal, bo może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Zdecydowanie lepszą alternatywą będzie spacer lub wysiłek fizyczny, który paradoksalnie pomoże obniżyć pobudzenie organizmu. Pamiętaj tylko o jednej zasadzie: nie poświęcaj ani chwili na analizowanie sytuacji, która skłoniła cię do wyjścia. Każda taka myśl jest bowiem sama w sobie impulsem wyzwalajacym kolejne fale złości. Stąd już tylko o krok do prawdziwego tsunami wściekłości. Jeśli uda ci się opanować wymienione wyżej sposoby na radzenie sobie z tym groźnym uczuciem, gwarantuję, że kwestią czasu pozostaje ograniczenie do minimum używania wspomnianego na wstępie wulgaryzmu.

Autor: Katarzyna Woźniak

foto: politichicks.tv

Samoświadomość emocjonalna oraz jej brak – czy rozumiesz swoje emocje?

W powieści Henry’ego Rotha pt. „Nazwij to snem” pada następujące zdanie: „Jeśli mogłeś ubrać w słowa to, co czułeś, to było to twoje”. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że jeżeli brakuje słów na to, by określić swoje uczucia, świadczy to o tym, że nie są one naszymi własnymi. Brzmi intrygująco? Jeszcze bardziej tajemniczy wydaje się być pochodzący z greckiego termin aleksytymia. Co się za nim kryje? Postaram się znaleźć rozwiązanie tej zagadki.

Równoległy strumień świadomości

Zacznijmy od pojęcia samoświadomości. W skrócie można opisać ją jako umiejętność zwracania uwagi na emocje oraz ich nazywania. Warto jednak zauważyć, że nie jest ona motorem napędowym naszych reakcji na zdarzenia. Wręcz przeciwnie – pozwala skupić się na wszystkim, co nas otacza, jednocześnie odgrywając rolę bezstronnego świadka, na zasadzie: „okej, Janek nie oddał mi jeszcze pożyczonej stówki, ale mimo, że przez niego jestem teraz bez grosza, nie będę wszczynać żadnej awantury”. Samoświadomość jest więc neutralnym stanem, dającym możliwość autorefleksji w chwilach, gdy targają nami naprawdę silne emocje. Pozwala pozostawać nieco na uboczu tego, co przeżywamy.

   

Emocjonalne zero

Ludzie odczuwają emocje z różną intensywnością. Choć większość z nas na widok pożaru własnego domu uciekałaby w popłochu lub w panice rzuciłaby się na poszukiwanie gaśnicy, są też tacy, którzy poszliby po nią spokojnym krokiem uznając, że nie ma potrzeby się spieszyć. Co prawda trudno w to uwierzyć, ale tacy ludzie naprawdę istnieją i to właśnie do nich idealnie pasuje wymienione w pierwszym akapicie pojęcie aleksytymii. Mowa o osobach, które pozbawione są jakichkolwiek namiętności, nie odczuwają żadnych emocji nawet w tak alarmujących sytuacjach, do których niewątpliwie należy pożar. Teraz z pewnością z niedowierzaniem kręcisz głową, powątpiewając w to, iż istnieją ludzie zupełnie wyprani z emocji. I tu kolejne zaskoczenie: takich osób jest więcej, niż myślisz, o czym przekonasz się czytając kolejny akapit.

Ach, ta silna płeć

Nie od dziś wiadomo, ze kobiety znacznie intensywniej od mężczyzn odczuwają zarówno pozytywne, jak i negatywne emocje. Romantyczny film wywołuje łzy wzruszenia, wyprzedaż w ulubionym sklepie to czysta radość, a impreza z przyjaciółmi synonim szczęścia. Płeć przeciwna jest – delikatnie mówiąc – nieco mniej uczuciowa. Mogę się założyć, że osiem na dziesięć kobiet pozostających w stałym związku ma do zarzucenia swojemu partnerowi, że jest emocjonalnym analfabetą, który nie potrafi sklecić zdania na temat własnych emocji. Mężczyźni zazwyczaj są niezwykle powściągliwi, a szczytem ekspresji jest dla nich wymruczenie krótkiego „to świetnie” na wieść o tym, że ukochana dostała awans, o którym od dawna marzyła. Mimo, że powyższe przykłady należy traktować z przymrużeniem oka, to jednak z całą odpowiedzialnością można stwierdzić, że mężczyznom częściej brakuje słów na określenie tego, co czują. W związku z tym sprawiają wrażenie, jakby byli zupełnie pozbawieni uczuć, choć wynika to raczej z niezdolności do ich wyrażania niż z rzeczywistego braku emocji. Podsumowując – aleksytymia to stan, któremu brakuje głównego składnika inteligencji emocjonalnej, jaką jest samoświadomość i choć nie należy generalizować, to jednak znacznie częściej dotyka ona mężczyzn, o których nie bez kozery mówi się: „silniejsza płeć”.

Autor: Katarzyna Woźniak

foto: fanpop.com

Czy wysokie IQ to gwarancja sukcesu?

Mogłoby się wydawać, że nasze IQ jest wizytówką, która wiele może powiedzieć o człowieku. Często ulegamy wrażeniu, że wysokość ilorazu inteligencji jest również wyznacznikiem osobowości, w myśl zasady „pokaż mi swoje IQ, a powiem ci, kim jesteś”. Kiedy słyszymy, że ktoś może poszczycić się wynikiem zbliżonym do Einsteina czy Dody (tak, tak, to nie żart!), patrzymy na niego z szacunkiem, mówimy: „ale łebski facet!”, „ta to ma głowę!”. Warto się jednak zastanowić, czy wysoki iloraz inteligencji jest równoznaczny z tzw. inteligencją życiową, emocjonalną? Sprawdźmy, jak jest naprawdę.

Wiedza = sukces?

Inteligencja, która pozwala nam osiągać rewelacyjne wyniki w nauce i wygrywać różnego rodzaju konkursy ma niewiele wspólnego z życiem emocjonalnym. Nie da się przewidzieć, czy osoba, która była największym bystrzakiem na studiach będzie równie łatwo radzić sobie w życiu prywatnym. Tajemnicą poliszynela jest fakt, iż świadectwa z czerwonym paskiem nie gwarantują sukcesu w przyszłym życiu. Decyduje o nim przecież jedynie 20 % umiejętności, a pozostała część to wypadkowa kilku zmiennych, między innymi szczęścia. Nie bez powodu mówi się o kimś, komu wszystko się udaje, że ma więcej szczęścia niż rozumu. Choć zwykle towarzyszy temu stwierdzeniu żartobliwy ton, jest w nim ziarnko – a nawet kilka ziarenek – prawdy.

 

 

Emocje mają znaczenie

Inteligencja emocjonalna jest pojęciem nowym, jednak ten zbiór cech, na który składają się m.in. zdolność motywacji, wytrwałość w dążeniu do celu mimo niepowodzeń czy optymistyczne patrzenie w przyszłość ma często olbrzymi wpływ na nasze życie. Nie twierdzę, że bycie prymusem i umiejętność panowania nad emocjami nie mogą iść ze sobą w parze, jednak zdarza się, że te dwa zagadnienia nigdy się ze sobą nie łączą. Warto bowiem zauważyć, że inteligencja teoretyczna, wiedza, którą błyszczymy podczas całego procesu edukacji, praktycznie nie przygotowuje do skutecznego odpierania przeciwności losu. Niestety, nasza kultura koncentruje się wyłącznie na zdolnościach naukowych, ignorując te, które składają się na charakter każdego człowieka. Społeczeństwo skupia się głównie na wiedzy fachowej i pozostaje mieć tylko nadzieję, że to się kiedyś zmieni.

Testom na inteligencję mówimy „nie”!

Współczesny świat opiera się na „myśleniu w kategorii ilorazu inteligencji”, jak to niezwykle trafnie ujął Howard Gardner, amerykański psycholog i wykładowca Harvardu. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że ludzie albo są bystrzy, albo nie i takimi się rodzą, a zweryfikować to mogą jedynie testy IQ. Takie podejście wydaje się lekko groteskowe, gdyż jak można oceniać człowieka przez pryzmat tego, ile punktów uzyskał w „jakimś tam” teście, wymyślonym zaledwie sto lat temu? Nie dajmy się zwariować, bo przecież nie istnieje tylko jeden rodzaj uzdolnień, który weryfikuje, kim będziemy w przyszłości i jak wielki sukces osiągniemy. Skupmy się raczej na naszej osobowości, poglądach, podejściu do życia. Najczęściej właśnie te cechy wyznaczają nam drogę do kariery i życiowego powodzenia.

Autor: Katarzyna Woźniak

foto: inovizion.com

Naucz się, jak kontrolować własne emocje

Wydawać by się mogło, że głównym wyznacznikiem postępowania ludzi, ważniejszym nawet od wszelkiego rodzaju kodeksów i spisanych wieki temu reguł jest zasada „najpierw pomyśl, potem rób”. Nie wierzę, że istnieją osoby, którym rodzice już od wczesnego dzieciństwa nie wpajaliby tej złotej myśli, dzięki której można było uniknąć wielu stresujących sytuacji. „Zastanów się, zanim palniesz coś głupiego”, „zamiast płakać, poproś Jasia, by pożyczył ci rower” i inne tego typu kazania to prawdziwe zmory dzieciństwa. A jak jest z kontrolowaniem emocji w dorosłym życiu? 

Kto za tym wszystkim stoi?

Przekraczając progi dorosłości musimy zmierzyć się z szeregiem sytuacji o wiele trudniejszych niż kłótnie w piaskownicy o wiaderko. Stajemy przed ciężkimi wyborami, rządzą nami emocje, które nie poddają się tak łatwo w walce z racjonalnym myśleniem. Niezwykle trudno spotkać osoby, które odznaczałyby się tak wielkim opanowaniem, że nawet w sytuacji nagłego stresu zachowują pełną przytomność umysłu i są oazą spokoju niczym kwiat lotosu na nieruchomej tafli jeziora. Jeśli do nich należysz, jesteś prawdziwym szczęśliwcem. Jeśli nie, zastanawiasz się pewnie, kto, albo raczej co stoi za emocjonalnymi eksplozjami, które zadają kłam wspomnianej na początku zasadzie. „Przewrotów” w systemie nerwowym dokonuje jeden z ośrodków układu limbicznego o smacznie brzmiącej nazwie – ciało migdałowate.

Poskramianie przeciwnika

Teraz, zamiast marzyć o niebieskich migdałach, zastanów się, jak często tracisz nad sobą kontrolę, wybuchając złością na przyjaciela czy wrzeszcząc na kierowcę innego samochodu. Później, analizując sytuację „na chłodno” dochodzisz z pewnością do wniosku, że Twoja reakcja była przesadzona, jednak co się stało, to się nie odstanie. Czasu co prawda nie da się cofnąć, ale możesz nauczyć się poskramiać emocje, by w przyszłości uniknąć podobnych sytuacji. Jak to zrobić? Kiedy coś Cię zdenerwuje, weź kilka głębokich wdechów lub policz do dziesięciu. Ciało migdałowate, specjalizujące się w reakcjach emocjonalnych będzie miało czas „ochłonąć”, a Ty spojrzysz na całe zdarzenie z innej perspektywy.

Wszystkie uczucia w jednym miejscu

Ciało migdałowate zyskało już etykietkę „sprawcy”, jednak warto wiedzieć, że nie takie ciało straszne, jak je malują. Nie bez powodu nazywane jest siedliskiem WSZYSTKICH namiętności, nie tylko tych złych. Gdyby odciąć połączenie między nim a resztą mózgu, ludzie popadliby w stan określany mianem „ślepoty uczuciowej”, gdyż kontakty z innymi, jeśli są pozbawione znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. Tworzy to przerażającą wizję siedmiu miliardów osób o twarzach bez wyrazu, nie posiadających zdolności do tego, by kochać, pożądać czy odczuwać radość. W związku z tym nie potępiajmy tak naprawdę Bogu ducha winnego ciała o migdałowym kształcie, ponieważ zarówno ono, jak i oddziaływania, które zachodzą między nim a korą mózgową składają się na rdzeń inteligencji emocjonalnej. Zresztą, przyznajcie: lepiej chyba nauczyć się kontrolować emocje niż żyć będąc zupełnie pozbawionym zdolności do ich odczuwania.

Autor: Katarzyna Woźniak

foto: natashasharma.com/

Emocja kontra racjonalne myślenie – czym warto się kierować?

Adam Mickiewicz w balladzie „Romantyczność”, manifeście światopoglądowym swojego pokolenia zestawia „szkiełko i oko”, będące symbolem racjonalności z „czuciem i wiarą”, które zdaniem narratora utworu znacznie poszerzają horyzont poznawczy człowieka. Nawet dziś bezustanna walka między Sercem a Rozumem spędza sen z powiek psychologom, a sami zainteresowani stali się bohaterami medialnej rzeczywistości, grając główne role we wszystkich reklamach pewnej pomarańczowej sieci. Kto wygrywa tę racjonalno-emocjonalną potyczkę? 

Emocje to potęga

Od zarania dziejów ludzie kierowali się przede wszystkim emocjami. Możemy tylko domniemywać, jednak wydaje się to oczywiste, że już żyjący miliony lat przed naszą erą neandertalczyk uciekał gdzie pieprz rośnie przed mamutami, kierowany tylko i wyłącznie strachem. Wraz z pojawieniem się człowieka myślącego niewiele się zmieniło. Homo sapiens potrafił co prawda racjonalnie przeanalizować zagrożenie, jednak nadal to właśnie emocje brały nad nim górę. Tak zostało do dziś, a ewolucja wyznaczyła emocjom centralną rolę w ludzkiej psychice.

Porywy serca na pierwszym miejscu

Kiedy najczęściej kierujemy się emocjami? Przede wszystkim wtedy, gdy życie stawia przed nami zadania i wyzwania zbyt ważne, by rozum sam sobie z nimi poradził. Należą do nich sytuacje, w których grozi nam niebezpieczeństwo, kiedy mimo rzucanych nam pod nogi kłód dążymy do obranego wcześniej celu lub wówczas, gdy staramy się zdobyć partnera i założyć z nim rodzinę. No właśnie, to jak to jest z tą miłością? W tym wypadku repertuar emocjonalny człowieka trudno ogarnąć – nomen omen – umysłem. Uczuciu zakochania towarzyszą tak silne emocje, że często z łatwością zapominamy, iż oprócz serca mamy jeszcze jeden niezwykle cenny organ – mózg. Buzujące hormony, poziom endorfin bliski górnej granicy Absolutnego Szczęścia dają nam to, czego nie może zaoferować labirynt poskręcanych zwojów skryty w głowie, którą niemalże sięgamy chmur.

Dwa umysły

W toczącej się na przestrzeni tysięcy lat bitwie między Sercem i Rozumem nastąpił przełom. Okazuje się bowiem, że Matka Natura wyposażyła nas w nie jeden, ale dwa umysły – emocjonalny i racjonalny. Wydawałoby się, że daje to ogromną przewagę, ba! nawet wygraną ludzkiemu mózgowi. Zanim jednak zwolennicy „szkiełka i oka” wzniosą toast za zwycięstwo, warto zauważyć, że umysł, który „czuje” jest nierozerwalnie związany z naszymi emocjami. To dzięki temu połączeniu możliwe jest istnienie impulsywnego sposobu poznawania. Mimo, iż często jest ono sprawcą naszego nielogicznego postępowania, to jednak nie sposób nie docenić potęgi „czującego” umysłu. Podział na dwa umysły jest więc idealnym odzwierciedleniem mickiewiczowskiego spotkania intelektualnego podejścia do rzeczywistości i kierowania się sercem.

Bezustanny spór rozsądku z uczuciem   

            Mimo, iż rozum racjonalny i emocjonalny „żyją” ze sobą zazwyczaj w ścisłej harmonii, zdarzają się między nimi kłótnie, często naprawdę zażarte. Nie zapominajmy o tym, że obydwa są niezależnymi władzami i kiedy ogarnia nas fala namiętności, równowaga przestaje istnieć. Zazwyczaj w takich utarczkach górę bierze Serce i to jemu należy przyznać palmę pierwszeństwa. Cóż, romantycy mieli rację: namiętności co rusz przeważają nad rozsądkiem, dlatego nie pozostaje nam nic innego, jak kierować się mottem płynącym z „Romantyczności”: Miej serce i patrzaj w serce!”.

foto: vimeo.com

Autor: Katarzyna Woźniak

Dziel i rządź, czyli jak zostać przywódcą idealnym – część 2.

Jeśli jesteś jednym ze szczęśliwców, którzy przeczytali poprzedni artykuł traktujący o tym, jak zostać dobrym szefem ( Jak zostać przywódcą część 1 ), z pewnością Twoja ciekawość została rozbudzona i odczuwasz nieodpartą chęć zgłębienia wiedzy w tej dziedzinie. Mam dla Ciebie nie lada gratkę: poniżej znajdziesz kilka kolejnych rad, które pozwolą Ci osiągnąć wyższy stopień wtajemniczenia w akcji pod hasłem „Przywódca idealny”.

Zmiany w dobrej wierze

W Twojej przyszłej (lub teraźniejszej) karierze zawodowej zapewne nie raz zdarzać się będą sytuacje, w których będziesz miał styczność z drażliwymi, wiecznie narzekającymi pracownikami, działającymi na nerwy wszystkim wokół. Zwolnić jednak takiego gagatka nie wypada, bo co prawda charakter do wymiany, ale pomysły, energia i zapał pierwsza klasa. Co z tym fantem zrobić? Jeśli to możliwe, przenieś drażliwca na inne stanowisko. Upieczesz w ten sposób dwie pieczenie na jednym ogniu: inni pracownicy odetchną z ulgą, a główny zainteresowany nadal będzie miał poczucie, że jest w firmie niezbędny. Ta zmiana wyjdzie wszystkim na dobre.

Najpierw zalety, potem wady

Kolejna nieprzyjemna sytuacja: pracownik, który od zawsze dawał z siebie wszystko, nagle zaczyna opuszczać się w wykonywaniu swoich obowiązków, a efekty jego pracy są mniej niż zadowalające (delikatnie mówiąc). Pamiętając jego dotychczasowe zaangażowanie i to, jak świetnie „robił robotę”, nie masz serca go zwolnić. W takim wypadku idealną receptą może okazać się szczera, serdeczna rozmowa. Zamiast rugać, obdarz go kilkoma komplementami dotyczączymi wcześniejszej współpracy, a potem daj delikatnie do zrozumienia, że zauważyłeś u niego „spadek formy”. Na koniec zaproponuj wspólne zastanowienie się, jak rozwiązać ten problem. Z pewnością Twoje delikatne uwagi skłonią podwładnego do zastanowienia się nad tym, co robi nie tak i zmotywują go do poprawy.

„Yes, we can!”

Motywacja do pracy to podstawa. Ludzie, których się nie docenia zazwyczaj cierpią na brak pewności siebie i wiary we własne siły. Nagminne wytykanie błędów może doprowadzić do rezygnacji i mechanicznego wykonywania poleceń. Często nie zdajemy sobie sprawy, jak niewiele trzeba, by ludzie przychodzili do pracy z uśmiechem i wychodzili z niej równie zadowoleni. Wystarczy zachęcić ich do zmian i przekonać, że potrafią dokonać czegoś, co na ten moment wydaje im się niewykonalne. Przykład? Jeden z pracowników zachorował, a jego zastępca nie ma bladego pojęcia, jak zabrać się do realizacji projektu, który leży rozgrzebany na jego biurku. Pojawia się panika i strach przed szefem, który może wezwać na dywanik (czyt. zwolnić), jeśli nie sprosta się zadaniu. W tym wypadku szef – czyli Ty – musi udowodnić, że nie ma się czego obawiać. Zastosuj umiarkowaną zachętę, okaż, że wierzysz w umiejętności pracownika, jego naturalne zdolności i smykałkę do radzenia sobie z niespodziewanymi zadaniami. Gwarantuję, że przestraszony, to znaczy zmotywowany zastępca da z siebie wszystko.

Autor: Katarzyna Woźniak