Najpopularniejsza „łyżwa” świata – historia marki Nike

1

Trudno uwierzyć, że pomysł na buty, które zrewolucjonizowały rynek powstał w czasie robienia gofrów, a rozpoznawalne dziś na wszystkich kontynentach logo firmy kosztowało 35 dolarów. Czym jeszcze zaskakuje historia Nike? Continue reading “Najpopularniejsza „łyżwa” świata – historia marki Nike”

Barack Obama – więcej niż polityk

1

Urodził się w czasach, kiedy czarnoskórzy mieszkańcy Ameryki nie byli jeszcze jej pełnoprawnymi obywatelami. Na południu kraju nieustannie dochodziło do zamieszek między walczącymi o równość i jej niechętnymi. Kilkadziesiąt lat po wyrównaniu praw obywatelskich Barack Obama przypomniał „nie ma Ameryki białej i czarnej, są tylko “Stany Zjednoczone”, wstępując tym samym na polityczną drogę, prowadzącą prosto do Białego Domu. Continue reading “Barack Obama – więcej niż polityk”

O człowieku nieuznającym niemożliwości – Henry Ford i jego historia

Zaczynał od pensji wynoszącej 45 dolarów miesięcznie, warsztatu ulokowanego w szopie i powszechnej opinii wariata. Umarł jako milioner, który przez długi czas nie miał sobie równych. A wszystko dlatego, że jako mały chłopiec zobaczył w mieście lokomotywę. Taki był początek sukcesu i kariery Henry’ego Forda.

Jego ojcu nie podobał się pomysł zostania  mechanikiem. Uważał, że miejsce syna jest na rodzinnej farmie. Przez lata namawiał go, by nie opuszczał gospodarstwa, jednak Henry już jako kilkunastolatek wiedział, że Dearborn w stanie Michigan jest dla niego za ciasne. Marzył o rzeczach wielkich, choć nie wiedział dokładnie, co to mogłoby być. I to właśnie trudne życie na farmie skłoniło go do myślenia o ułatwianiu pracy poprzez wprowadzanie nowoczesnych rozwiązań. Jak przyznawał w swojej autobiografii, o drodze, którą wybrał, zadecydowały dwa zdarzenia: przyglądanie się sunącej po torach lokomotywie i otrzymanie od rodziców zegarka. Obiekty te rozbudziły w chłopcu nieustanną ciekawość ich mechanizmów. Nie dawały mu one spokoju, dopóki nie przekonał się w praktyce, na jakich zasadach działają. Opanowanie funkcjonowania przeróżnych maszyn przez lata zdobywał w rozmaitych warsztatach. Praca ta tak go pochłaniała, że nie czuł nawet mijającego czasu. Mawiał, że najważniejsze, by robić to, co bezpośrednio łączy się z naszymi zainteresowaniami. Nie traktuje się wtedy swojego zajęcia jako ciężkiej pracy.

Siedem lat prób

Kiedy po godzinach zamykał się w swoim warsztacie, który w rzeczywistości stanowiła szopa koło domu, nie był jedynym, marzącym o stworzeniu bezkonnego pojazdu. Także w Niemczech starano się skonstruować podobną maszynę. Jednak na swoim kontynencie Ford był pionierem, który nie tylko stworzył prototyp samochodu, ale zaczął go produkować na masową skalę. Jedno trzeba mu przyznać – nie poddawał się łatwo. Od momentu pracy nad skonstruowaniem auta do pierwszej przejażdżki, doszło dopiero po siedmiu latach! Poza wytrwałością, musiała cechować go także pewność siebie, bo kiedy wyjechał na ulicę swoim modelem, spotkał się przede wszystkim z szyderczymi uśmiechami i postukiwaniem w czoło. Był rok 1896. Niewielu poza nim wierzyło, że ‘coś takiego’, bo pojazd bardziej przypominał kocioł na kółkach niż samochód, miałoby zastąpić powozy konne. Jak bardzo się mylono, może wskazywać fakt, że w ciągu 19 lat od rozpoczęcia masowej produkcji Forda T, sprzedano w całych Stanach aż 15 milionów egzemplarzy.

Gdyby Henry Ford dostosowywał się do powszechnych opinii i wymagań, być może nigdy nie osiągnąłby tak spektakularnego sukcesu. W swoich wypowiedziach podkreślał, jak ważne jest pokonanie strachu, że ktoś mógłby wziąć nas za nierozsądnych czy nawet szalonych, bo właśnie ten strach tamuje pomysłowość i kreatywność. A tej na pewno nie brakowało wielkiemu przedsiębiorcy. Bo jaki normalny pracodawca z dnia na dzień podnosi pensje swoich pracowników dwukrotnie – przy skróceniu czasu ich pracy? A Ford po pierwszej wojnie światowej zatrudniał, jako właściciel największego koncernu świata, 75 tys. osób. Jednak wynagrodzenie podniósł bez wahanie, kiedy tylko okazało się, że stanie przy taśmie produkcyjnej, której wynalezienie również zawdzięczamy właśnie jemu, jest dla pracowników zbyt monotonne. Dzięki podwyżkom nikt nie myślał już o opuszczeniu fabryki, a wręcz przeciwnie, starał się być jeszcze bardziej efektywny. Ford swoją decyzję tłumaczył jasno: ambicją pracodawcy powinna być płaca, która zapewni mu wierność i wydajność pracowników. Posunięcie przedsiębiorcy prasa uznała za ‘przestępstwo ekonomiczne’. Jednak na przekór opiniom wierzył, że pewność swoich przekonań wygra starcie z powszechną krytyką. Warto dodać, że milioner uchodził z natury za nieśmiałego. Ten nieśmiały, ale trzeźwo myślący człowiek, zdawał sobie sprawę, jak kusząca jest wizja pracy w stałych godzinach i zapomnienia o niej wraz z wyjściem z biura. Czuł jednak, że taki tryb nie może dać poczucia wolności i swobody w działaniu, bez której nie wyobrażał sobie życia.

Metoda w szaleństwie

Opisywał je w książce „Moje życie i dzieło”, wydanej w 1922, zawierającej także własne teorie społeczne i ekonomiczne. Między innymi, przyznawał otwarcie, co stanowi dla niego obiekty pogardy: po pierwsze chciwość, po drugie marnotrawstwo. Patrząc na jego życie z dzisiejszej perspektywy, łatwo zauważyć, że nie były to słowa wyssane z palca. Ford był człowiekiem zasad i działania, nie obietnic bez pokrycia i pustych frazesów. Miał własną definicję biznesu. Uważał, że powinien on nie tyle dawać zarobek, co służyć innym i poprawiać komfort ich życia. Stąd uparte dążenie, by jego samochody były wciąż lepsze i tańsze. Doszedł w końcu do perfekcji. Zależało mu, by robotnik zarabiający 300 dolarów rocznie, mógł pozwolić sobie na zakup auta. Zanim model T opanował rynek, samochody innych marek kosztowały ponad 1000 dolarów, a więc pozostawały w sferze marzeń przeciętnego obywatela. Dlatego Fordowi tak bardzo zależało na stworzeniu auta, na które pozwoli sobie większość Amerykanów. Po latach ulepszania modelu, na ulicę wjechał Ford warty trzy razy mniej od konkurencyjnych samochodów. I to właśnie była największa satysfakcja Forda – zarabiać, a w zamian dawać ludziom lepsze warunki bytu. Dzięki tym przekonaniom marka z czasem opanowała także Europę.

Jeśli spróbować odgadnąć receptę na sukces Henry’ego Forda, można by pokusić się o stwierdzenie, że jego największą siłą było niekonwencjonalne myślenie. Rzeczy, które dla większości uchodziły za szalone czy nieroztropne, dla niego stawały się podstawą w działaniu. Warunek był jeden: pewność swoich racji. Choć nie oznaczało to braku miejsca na porażkę. Wręcz odwrotnie. Nie wyszło? Nic się nie stało, za drugim razem zrobisz to lepiej. Tak w pigułce można by zamknąć kilkudziesięcioletnią karierę człowieka, który na zawsze zmienił oblicze Ameryki i nigdy nie uznał istnienia rzeczy niemożliwych.

Autor: Paula Szewczyk

foto: livebyquotes.com

Magiczna siła słów – niesamowita historia J.K. Rowling

Jeśli myślisz, że milionerką można zostać tylko wtedy, gdy dostanie się spadek po bogatym dziadku albo gdy się bogato wyda, jesteś w wielkim błędzie. Istnieje jeszcze co najmniej jeden sposób, by zarobić pierwszy milion – ciężko na niego zapracować. Brzmi banalnie? Zawsze zostaje zapytać J.K. Rowling, co o tym sądzi.

J.K. to skrót od dwóch imion. Pierwsze – Joanne, urodzonej w Yate koło Bristolu, nadali rodzice podczas chrztu w 1965 roku. Drugie wybrała sobie sama, 32 lata później za radą wydawcy. Wybór padł na Kathleen, bo tak miała na imię babcia Rowling. Aktualne nazwisko J.K. brzmi Murray po mężu lekarzu, za którego wyszła w 2001 roku. Poza tym autorka największego bestsellera przełomu wieków ma dziś 48 lat i przeszło miliard dolarów na koncie, a wszystko za sprawą utknięcia w pociągu, gdzieś w szczerym polu między Londynem a Manchesterem. Cztery godziny, które dla większości pasażerów były tylko bezczynnym czekaniem, dla Rowling okazały się początkiem wielkiej kariery. To właśnie wtedy wpadła na pomysł napisania książki o chłopcu mającym czarodziejskie moce. Jednak nie wszystko było tak kolorowe, jak dziś okładki tomów powieści o Harrym Potterze.

Harry, bieda i kawiarnie

Nowy etap życia zaczynała od zasiłku dla samotnych matek. Nie miała nawet maszyny do pisania czy komputera. Wróciła dopiero z Portugalii, gdzie uczyła języka angielskiego. W czasie niespełna trzyletniego pobytu zdążyła poznać miejscowego dziennikarza, wyjść za niego, urodzić córkę i rozwieść się. Dlatego powrót do Wielkiej Brytanii w 1995 roku był bardzo trudny i bolesny. Zatrzymała się w Edynburgu w nieogrzewanym mieszkaniu, z którego codziennie uciekała do okolicznych kawiarni, by pisać o przygodach czarodzieja. O swoim pomyśle nie powiedziała nikomu, choć o pociągu do pisania wiedziała cała jej rodzina jeszcze zanim poszła do szkoły. Pierwsze opowiadanie napisała, bo lubiła opowieści, postanawiając tym samym wymyślać je dla siebie i młodszej siostry. Pomysł, który przyszedł Rowling do głowy w wagonie latem 1990 roku, zaczęła realizować jeszcze tego samego dnia. Pisanie z przerwami trwało kilka lat, jednak nawet zakończenie powieści nie oznaczało jeszcze wielkiego sukcesu. Każda próba wydania maszynopisu kończyła się niepowodzeniem. Ale zdeterminowana Jo nie zrażała się, wysyłała kopie tekstu do kolejnych wydawców. W sumie od momentu zrodzenia się pomysłu na książkę do chwili wydania pierwszego tomu minęło 7 lat! Niejeden pisarz już dawno by się poddał. Ale nie Rowling. Ona kochała swoją niewydaną powieść.

Tor przeszkód

Dzieciństwo minęło małej Jo na kilku przeprowadzkach i nauce. Surowa dyscyplina, jaką wprowadzały w szkole nauczycielki, nie przeszkodziła Joannie skończyć ostatniej klasy jako najlepsza uczennica. Jej ulubionym przedmiotem był język angielski. Nie dziwi to nikogo, kto przeczytał choć jeden tom przygód Harry’ego Pottera. Wyboru studiów dokonała ze względu na rodziców, którzy nalegali na podjęcie nauki języka francuskiego. Skończyła filologię klasyczną, mimo że nie miała do niej przekonania. Po studiach pracowała jako sekretarka, zajęcie to nie było jednak spełnieniem jej marzeń, stąd pomysł na wyjazd za granicę. Niepowodzenia w życiu osobistym spowodowały u Rowling głęboką depresję. Jedyną nadzieją na wyjście z kryzysu było napisanie książki, na którą pomysł chodził za Jo już od kilku lat.

W roku 1995 pierwszy tom przygód o młodym czarodzieju był już gotowy. Pisana na luźnych kartkach i serwetkach opowieść spotykała się jednak co rusz z negatywną opinią wydawców. Czas mijał a Rowling wciąż żyła z zasiłku i z wiary, że nadejdzie w końcu ten szczęśliwy dzień. Z czasem zaczęła pracować jako nauczycielka języka francuskiego, a skromna pensja pozwoliła jej zatrudnić agenta, któremu zleciła próby negocjacji z wydawcami. Wiedziała, że sama nie jest w stanie ich podejmować, bo wymagano od niej zmiany kształtu i języka książki. Wciąż słyszała, że opowieść jest zbyt skomplikowana w swej fabule i nie przyjmie się wśród ośmiolatków. Dopiero w 1997 roku Christopher Little przekonał niewielkie wydawnictwo do druku powieści. Udało się to między innymi dlatego, że wydawca pokazał swojej córce pierwszy rozdział tomu o kamieniu filozoficznym, a ta natychmiast zażądała dalszej części opowiadania. Dzięki temu powieść w końcu została wydana. Nie doszłoby do tego bez determinacji i wytrwałości autorki w dążeniu do celu.

Ciężką pracą Rowling się bogaci

Tak spektakularnego sukcesu pierwszego tomu, nie spodziewał się nikt. Sama pisarka niejednokrotnie przyznawała, że zależało jej przede wszystkim na wydaniu powieści, nie na komercyjnym sukcesie. Jednak dzięki pieniądzom zarobionym na pierwszej części, mogła porzucić posadę nauczycielki i zająć się pracą nad drugą książką. Warto jednak zaznaczyć, że Rowling nie pisała kolejnej powieści pod wpływem chwili i sukcesu poprzedniej. Pisała, bo taki był jej cel, a wyznaczyła go wiele miesięcy wcześniej. Już wtedy wiedziała, że saga będzie miała siedem części i ani jednej więcej. Liczyło się dla niej przede wszystkim słowo dane samej sobie. Nawet później, gdy na koncie miała już wiele milionów, a presja wydawców i samych czytelników była ogromna, nie zmieniła zdania i nie napisała ósmej części przygód Harry’ego Pottera. Dlaczego? Bo nie pieniądze były jej celem. Osiągnęła to, o czym marzyła i była dumna z dzieła, które wyszło spod jej pióra. Wiedziała, kiedy zejść niepokonaną ze sceny.

Wcześniej przez długi czas autorka uważała, że będzie miała szczęście, jeśli ktokolwiek w ogóle będzie chciał książkę wydać. Nie sądziła także, że odniesie tak wielki sukces komercyjny. Na całym świecie sprzedano 450 milionów egzemplarzy, co najprawdopodobniej jest najlepszym wynikiem w historii. Dziś autorkę najbardziej cieszy to, że może na głos czytać swoje dzieła dzieciom. Wspomina czasem, że na pierwsze czytanie Harry’ego, przyszło cztery osoby. Była potwornie stremowana i zawstydzona, jednak później kontakt z czytelnikami stał się jedną z jej największych radości. Wyznawała także, że pisząc swoje książki nigdy nie myślała o oczekiwaniach czytelnika, a wyłącznie o tym, co chciałaby mu przekazać. Dzięki temu mogła dzielić się także dochodem ze sprzedaży trzech innych ‘magicznych książeczek’. Suma, jaką udało się zebrać, w całości została przekazana na rzecz walki ze stwardnieniem rozsianym, z chorobą, na którą umarła mama pisarki, gdy ta miała niespełna 26 lat. Wczesne odejście matki Jo zdecydowało także o kształcie powieści o Harrym, którego Rowling uczyniła bohaterem osieroconym.

Pisarskiej kariery ciąg dalszy

W okresie pisania kolejnych tomów, Rowling odpowiadała na pytania fanów przez stronę internetową, która funkcjonuje do dziś. Nie zlikwidowała jej wraz z wydaniem ostatniej części powieści, bo nie chciała odcinać się od ludzi, którzy przyczynili się do jej sukcesu. Mimo uwielbienia przez miliony osób na całym świecie, pozostała skromna, żartując, że w gruncie rzeczy nie ma wiele ciekawego do powiedzenia. Między 1997 a 2007 rokiem ukazało się siedem tomów powieści o Harrym Potterze. Autorka uważa, że jego historia jest już zamknięta i nie ma w planach jej kontynuacji. Jest świadoma, że mogłaby na tym zarobić kolejne miliony, jednak nie o pieniądze chodzi, a o radość pisania. Dlatego dwie ostatnie powieści to zdecydowanie książki dla dorosłych. Trafny wybór z 2012 roku i Wołanie kukułki z 2013 być może nie wprowadziły tak wielkiego zamieszania jak Harry Potter, ale mogą stanowić dowód, co dla Rowling jest naprawdę ważne. Wybrała pasję pisania. Chce być prawdziwa w tym, co robi – najpierw tworzyć, później myśleć o zysku. Przede wszystkim jednak podkreśla, że wielki sukces może narodzić się tylko z pasji.

Autor: Paula Szewczyk

foto: salon.com

Max Factor i jego imperium – historia człowieka, który zdobył Hollywood

Kiedy ścigany przez carską straż Max Factor wraz z rodziną ukrywał się w rosyjskim lesie, nie wiedział, czy zdoła przetrwać kolejną noc. Jak więc się stało, że znalazł się w Ameryce, gdzie stopniowo przekuwał swoje życie w zawodowy sukces?

Urodził się w 1877 roku, kiedy Łódź z niewielkiego miasta przemysłowego przekształcała się w przysłowiową ziemię obiecaną. Maksymilian Faktorowicz przyszedł na świat jako jedno z dziesięciorga dzieci fabrykanta. Matka zmarła, kiedy był małym chłopcem, a praca ojca nie pozwalała na utrzymanie tak licznej rodziny. Dlatego Maksymilian, by odciążyć nieco tatę, musiał samemu na siebie zarobić. I tak oto pierwsze płatne zajęcie znalazł mając…7 lat! Sprzedawał na targu owoce i orzechy. Od tego momentu nigdy już nie przestał pracować. Przez trudną sytuację w rodzinie nie miał możliwości kontynuowania nauki w żydowskiej szkole. Nie zdobył nawet podstawowego wykształcenia, ale swoim życiem udowodnił, że wszystko jest możliwe, a naukę można czerpać z tego, co wokół. Pomoc w aptece, roznoszenie leków, asystowanie przy dentystycznym fotelu czy praktyka u łódzkiego perukarza, to tylko nieliczne zajęcia, jakich podejmował się wciąż nieletni Max. Jednak dzięki tym pracom zdobył ogromne doświadczenie w wielu dziedzinach, które jak udowodnił nie poszło na marne.

Niewolnik własnego talentu

Dzięki umiejętności splatania peruk przygotowywał do spektakli aktorów w kraju i za granicą. Po czterech latach wędrowania osiadł w Moskwie, gdzie z kolei malował sławy z teatru Bolszoj. Tutaj też otworzył swój pierwszy sklep z kosmetykami. Cieszyło go, że w końcu może pracować na własny rachunek. Wieść o niezwykłym talencie Polaka docierała do coraz szerszych kręgów, by z czasem dojść i na carski dwór. Rodzina Romanowów zapragnęła mieć ‘magika makijażu’ u siebie. Było to dla niego niezwykłe wyróżnienie, jednak radość trwała bardzo krótko. Okazało się, że car nie prosił o usługi Faktorowicza, a żądał ich, robiąc z wizażysty niewolnika dworu. Pozbawiony w ten sposób prywatnego życia Max stał się niemal marionetką w królewskich rękach. Do sklepu, który był jedynym, co miał, mógł dojeżdżać tylko raz w tygodniu, zawsze pod eskortą. A w czasie cotygodniowych wizyt zakochał się w klientce, widując się z nią potajemnie, by z czasem zostać także ojcem jej dzieci. Zamknięty na dworze nie miał jednak szans na życie z rodziną. Dlatego ryzykując życie, postanowił uciec. Car wysłał za zbiegiem straż, która miała wykonać na nim wyrok. Jednak Faktorowicz miał wiele szczęścia. Mimo niebezpieczeństwa nocowania w lesie, pościgu i kilometrowych wędrówek, udało się Maksymilianowi i jego rodzinie dotrzeć cało do portu, gdzie w ostatnim momencie zdążyli na statek płynący prosto do Ameryki.

Co nie zabije – wzmocni

Pierwszy interes na nowym lądzie niestety nie należał do udanych. Faktorowicz wystawił na targach reklamowych swoje produkty. Pracował 6 dni w tygodniu tylko po to, by po kilku miesiącach pracy jego wspólnik uciekł z całym asortymentem i zarobionymi pieniędzmi. Max musiał znów zaczynać od nowa. Los jednak chciał, że w tym samym czasie zmarła jego żona, a kolejne małżeństwo okazało się porażką. Osobiste niepowodzenia przeplatały się więc z zawodowymi, ale Factor wiedział, że nie może się załamać. Utrzymywał się w tym czasie z zakładu fryzjerskiego, w prowadzeniu którego pomagali mu synowie. Wszystko to działo się w tym samym okresie, gdy w Ameryce zaczęto kręcić pierwsze filmy. Max czuł, że ta branża może być żyłą złota.

Przeprowadzka do Los Angeles była najprawdopodobniej najlepszą decyzją w życiu Maksymiliana. W 1908 roku otworzył tutaj kolejny zakład, który stał się początkiem jego wielkiej kariery. Nie znano wówczas innych technik makijażu, poza tymi stosowanymi w teatrze. Te nie nadawały się jednak do filmu. Zatem Max nie tracąc czasu pracował nad nowym produktami, które byłby nie tylko łatwe w nakładaniu, ale także pozytywnie wpływałyby na jakość obrazu. I tak przez lata pracy udało mu się stworzyć m.in. sztuczne rzęsy, pierwszą szminkę, makijaż wodoodporny czy gumową łysinę. Charakteryzował tak profesjonalnie, że każdy producent chciał czesać i malować swoje gwiazdy tylko u niego. I tak w sklepie Factora zaczęło działać pierwsze na świecie studio makijażu. Jednak nie fakt otwarcia centrum charakteryzacji przyniósł Maxowi sławę. Jego największym sukcesem było przekonanie kobiet w Ameryce, że kojarzony wyłącznie ze sceną make-up, może być w zasięgu każdej z nich.

Samouk perfekcjonista

Max Factor jako pierwszy przekonał kobiety do noszenia makijażu, farbowania i stylizacji włosów. Choć trzeba zaznaczyć, że był zwolennikiem delikatnego make-upu, pomagającego wydobyć z kobiety jak najwięcej naturalnego piękna. Kiedy na ekranie pojawiły się coraz to nowe gwiazdy, amerykanki chciały wyglądać tak jak one. A trzeba przyznać, że Faktorowicz malował największe osobistości kina lat 20’ i 30’: Rithę Hayworth, Gretę Garbo, Elizabeth Taylor czy Polę Negri. Jednak o sukcesie Maksymiliana nie decydowały tylko umiejętności, a raczej to, że był profesjonalistą. Wstawał jeszcze przed wschodem słońca, by malować bez przerwy do późnego wieczora. Czas, który zostawał, przeznaczał na pracę w laboratorium. Rzadko brał wolne, nigdy nie wyjeżdżał na urlop. Kiedy pracował nad kosmetykami, spał w zakładzie, by nie tracić czasu na dojazdy. Znosił kaprysy gwiazd, bo był pewien swojego fachu. Jednak i te nie pozostały mu dłużne. Dzięki ich zaangażowaniu się w reklamę kosmetyki Max Factora stały się najbardziej rozpoznawalnym produktem na rynku.

Kiedy starał się rozszerzyć swoje wpływy poza granicę kraju, niewielu wierzyło, że to się uda. Ameryka początku XX wieku zupełnie różniła się od Europy. Jednak wszyscy, którzy wątpili w dokonania Maxa, musieli zwrócić mu honor, jego marka opanowała także Stary Kontynent, zapewniając przedsiębiorcy z Łodzi niekwestionowaną pozycję na rynku aż do śmierci. Z czasem firma otworzyła także oddziały w Indiach, Meksyku czy Hongkongu. Bo to, co proponował Max Factor w moment stawało się pożądane. Ten niewielkiego wzrostu człowiek wyznaczał trendy całemu światu, mimo że nigdy nie było to jego celem. Zmarł w sierpniu 1938 roku w wieku 61 lat. Nazywany ‘czarodziejem makijażu’ dał światu coś więcej niż tylko make-up. Stworzył imperium, z odkryć którego do dziś czerpią największy firmy kosmetyczne świata. Nie wiadomo, jak wyglądałoby kino, gdyby nie innowacyjne pomysły Polaka.

W czasie Oskarowej gali w 1928 roku złożono Factorowi oficjalny hołd za niepodważalny wkład w sztukę filmu. Nagrody Akademii w kategorii make-upu pierwszy raz przyznano dopiero wiele lat po śmierci wizażysty, w 1981. Zatem wyróżnienie Maxa było w tamtym czasie czymś naprawdę znaczącym. Nic dziwnego, że uważał to wydarzenie za najszczęśliwszy moment swojego życia.

Tekst został stworzony na podstawie książki Freda Bastena “Max Factor. Człowiek, który dał kobiecie nową twarz” w tłumaczeniu Anny Gralak.

foto: blog.flauntme.com

Autor: Paula Szewczyk

Angela Merkel – Królowa Europy

Gerhard Schröder może się dziś wstydzić tego, jak wykpiwał Merkel, mówiąc, że nigdy nie zostanie kanclerzem. W Unii Europejskiej poza premierami Luksemburga i Malty, nikt nie rządził dłużej niż ona, a mało tego, po ośmiu latach bycia u władzy merkelmania wciąż trwa.

Arnold Schwarzenegger nazwał ją „najpotężniejszą kobietą na Ziemi”. Firma Mattel stworzyła nawet lalkę Barbie o wyglądzie Angeli Merkel, a magazyn „Forbes” uznał za najbardziej wpływową kobietę świata i zdaje się, że nie ma w tym żadnej przesady. Porównywana do Margaret Thatcher Merkel jako pierwsza kobieta w historii Niemiec znalazła się na tak wysokim stanowisku. Mówi się, że to, co określa sumę jej działań, to kryzys. Jej decyzje są brzemienne w skutkach nie tylko dla Niemiec, ale i całej Europy. Nigdy wcześniej kanclerz Niemiec nie odgrywał tak istotnej roli w polityce światowej. Mimo sukcesów, wciąż spotyka się z wykorzystywaniem w jej ocenie wszelkich stereotypów. Nazywanie jej Hitlerem w spódnicy, rysunki z wąsikami czy w mundurze SS, to już pewien standard. Pytana przez dziennikarzy, jak znosi te karykatury, odpowiada, że cieszy ją możliwość swobodnego wyrażania opinii. W 2005 roku nie dała się sprowokować także na wizji, kiedy jej polityczny rywal był względem niej agresywny i arogancki. Była wówczas powściągliwa. Być może to urzekło jej wyborców, którzy potrzebowali w polityce nieco spokoju. A Merkel do dziś mówi, że „milczenie to coś pięknego”.

Mała Angela i mur

Ważyć słowa nauczyła się już jako mała dziewczynka. Chociaż urodziła się w Hamburgu, dzieciństwo spędziła w niewielkim mieście Templinie na wschodzie kraju. Rodzice przenieśli się tu w 1957 roku, trzy lata po narodzinach córki. Jej dziadek pochodził z Poznania i gdyby nie zmienił rodowego nazwiska, pani kanclerz urodziłaby się jako Angela Kazimierczak. Nie chodziła do żłobka ani do przedszkola i panicznie bała się koni. W siedmioletniej wówczas dziewczynce strach wzbudziło także powstanie berlińskiego muru, który oddzielił ją od reszty rodziny mieszkającej w Zachodnich Niemczech. Rodzina Merkel wykazywała się wówczas dużą świadomością polityczną. Rodzice wiedzieli, jak władze NRD ograniczały wolność jednostek, dlatego „uczyli dzieci otwartości na otaczającą rzeczywistość” – wyznał w jednym z nielicznych wywiadów ojciec Angeli.

Sama Merkel podkreśla: „nigdy nie uważałam NRD za moją ojczyznę”. Nie chciała tkwić w politycznym reżimie. Uczyła się bardzo dobrze, szczególnie rosyjskiego, za co w nagrodę pojechała na wycieczkę do Moskwy. Nie wiedziała wtedy, że przez 35 lat nie będzie mogła wyjechać poza granice rosyjskich wpływów. W dorastaniu towarzyszyło jej poczucie bezsilności. Wobec władz z reguły stosowała taktykę milczenia, choć przeszła także okres buntu, za co groziło jej odebranie możliwości studiowania. Na szczęście pozwolono jej dalej się uczyć, wybrała fizykę na uniwersytecie w Lipsku. Po ukończeniu studiów pracowała w Berlinie, będąc jedyną kobietą zatrudnioną w Instytucie Chemii. Już wtedy czuła, że ówczesny system runie, dlatego na własną rękę zaczęła uczyć się angielskiego. Od wczesnych lat pociągała ją Ameryka, wierzyła w istnienie amerykańskiego snu. Była pewna, że jeśli włoży się w coś dużo wysiłku, można go przekuć w sukces. A niemożność opuszczania kraju, poznawania świata i ludzi spowodowały, że wolność stała się dla niej sprawą największej wagi. Interpretowała ją jako pragnienie rozwoju i odkrywania nowych przestrzeni. Zatem wszystko to, czego brakowało jej w NRD.

Merkel kompleks niższości

Mieszkanie we wschodniej części miasta wciąż powodowało w Merkel poczucie niższości. W prasie do dziś pojawiają się nagłówki przypominające, że pani kanclerz jest „dziewczyną z NRD”. Jednak kiedy upadł mur berliński, śmiało weszła w świat polityki. Była to szansa, by w procesie jednoczenia kraju został usłyszany głos zza wschodniej granicy. Bo kto lepiej mógł wiedzieć, czego potrzebują ludzie po wielu latach odcięcia, jak nie właśnie „kobieta ze Wschodu”? Najpierw Angela Merkel została rzeczniczką prasową partii Demokratycznego Przełomu, potem zastępcą rzecznika ówczesnego kanclerza, by w 1991 roku, dzięki determinacji i zaangażowaniu, zostać mianowana ministrem do spraw kobiet i młodzieży. Przez cały ten czas najpierw oceniano jej wygląd i sposób ubierania, dopiero później to, jak działa. Mimo wielu przykrych komentarzy nie złamała się, udowodniła, że płeć nie ma w polityce żadnego znaczenia, a liczą się tylko fakty. Choć wyznała niedawno, że wielokrotnie myślała, by odejść z polityki. Mówiła, że marzyło się jej czasem zostać w domu i po prostu ugotować obiad. Nie mogła jednak wycofać się nie realizując celów, jakie przed sobą postawiła.

Dzięki ogromnemu zaangażowaniu w sprawy kraju została przewodniczącą CDU – Unii Chrześcijańsko Demokratycznej. Jej przywództwo przyczyniło się do spopularyzowania partii. Sposób rządzenia Merkel już wtedy wyróżniał się spośród konkurencji. Może dlatego, że w polityce szukała raczej porozumień niż sporów. Być może taka była tajemnica jej sukcesu i nominacji na stanowisko kanclerza Niemiec. W 2005 roku w budynku Reichstagu jako pierwsza kobieta kanclerz w historii złożyła przysięgę na wierność narodowi. Swoje pierwsze exposé zaczęła od słów „odważmy się na więcej wolności”. Sześć lat później uzyskała z rąk Baracka Obamy najwyższe odznaczenie cywilne w Ameryce – Medal Wolności.

Żelazna kanclerz na stadionie

Jako kanclerz często się przepracowuje, niewiele śpi, a jakikolwiek czas dla siebie i męża zdarza się jej mieć jedynie w soboty. Mówi, że sukces jest spełnionym obowiązkiem. A poza obowiązkami związanymi z polityką zagraniczną, która jest jednocześnie jej najmocniejszą dziedziną, pracuje nieustannie nad sobą. Wie, że swoją pozycję musi wypracowywać wciąż na nowo, udowadniać, że jest odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku. A Merkel nie od zawsze była „żelazną”, pewną siebie osobą, wiele cech musiała w sobie latami wypracowywać. Poza tym imponuje tym, że nie boi się mówić o drugiej wojnie i eksterminacji. Izrael darzy dużą sympatią, czując odpowiedzialność za jego los. Pierwszy doktorat honoris causa przyznał jej właśnie Uniwersytet Hebrajski. Jej praca to także wielkie ryzyko. Zdarzyło się, że z Grecji dostała przesyłkę z bombą w środku, którą na szczęście w odpowiednim czasie przechwycili ludzie z ochrony.

Prywatnie uwielbia operę i piłkę nożną. Od dawna kibicuje Lokomotive Lipsk. Nie lubi pozerstwa, szanuje swoją i cudzą prywatność. Ludzie odbierają ją jako stąpającą twardo po ziemi i normalną. Choć często pytają także o jej tajemnice. Zastanawiają się, jaka jest naprawdę. Stefan Kornelius, jeden z jej biografów odpowiada, że Angela Merkel „jest właśnie taka, jaką ją widzimy, nie ukrywa niczego pod publicznym wizerunkiem.” Chętnie zawiera porozumienia, nie lubi dramatycznych konfliktów, woli załatwiać rzeczy w eleganckim stylu. Interesują ją przede wszystkim fakty i rzeczowe dyskusje. Poza tym szanuje sobie porządek, analityczne myślenie i dokładne planowanie. To jednak za mało, by zrozumieć jej drogę do sukcesu. Jego początek ma swoje korzenie w miejscu, którego już nie ma – dawnym NRD.

Zainteresowanym polecam książkę Stefana Korneliusa “Pani kanclerz”, w tłumaczeniu Eweliny Twardoch.

 Autor: Paula Szewczyk

Gigantyczna Biedronka – historia sieci spożywczego lidera

Czwarta na liście największych firm w Polsce, ma przeszło 2400 sklepów, 29 miliardów złotych przychodu i wzrost obrotów o ponad 30%, a mimo to „codziennie niskie ceny”. Jak to się dzieje, że Biedronka wciąż się bogaci i kto jeszcze nie wie, że jest własnością Portugalczyków? Continue reading “Gigantyczna Biedronka – historia sieci spożywczego lidera”

Kobieca rewolucja – historia sukcesu Coco Chanel

Zrewolucjonizowała nie tylko modę. Wpłynęła na obyczaje przedwojennej Europy, zrzucając z kobiet gorsety, ucząc je nosić spodnie i palić papierosy. Gabrielle Coco Chanel – ikona mody, wieczna legenda, a nawet symbol Francji. A wszystko to ze wstydu i biedy.

Niektóre szczegóły biografii Coco pozostają tajemnicą do dziś. Jeszcze za życia Chanel trudno było odgadnąć, która informacja o niej jest prawdą, która fałszem. Główną osobą rozpowszechniającą kłamstwa o jej życiu była ona sama. Wszystko dlatego, że wstydziła się swego dzieciństwa. Starała się zataić fakt, że urodziła się w 1883 roku w przytułku dla ubogich. Że jej matka chora, bez opieki i leków umarła w jednopokojowej izbie niemal na oczach dzieci. Że ojca Coco nie było wtedy w pobliżu. Zjawił się parę dni później, podejmując jednocześnie decyzję o oddaniu córek do sierocińca we wsi Aubazine. Jedenastoletnia wówczas dziewczynka nie wiedziała, że ojca nigdy już nie zobaczy, a mury klasztoru będą mieć tak duży wpływ na jej przyszłość. Ciemny, masywny zakon od początku nie był przyjazny dla Coco i jej sióstr. Spędziła w dyscyplinie i szorstkiej atmosferze siedem lat. Stale pod kontrolą, bez pieniędzy i możliwości decydowania o sobie. Jedyną rozrywką, na jaką mogła sobie pozwolić, było patrzenie przez okno.

U progu dorosłości

W sierocińcu nie było luster, Gabrielle nigdy nie oglądała się w rzeczach, jakie przynosiły jej siostry zakonne. Raz do roku dostawała szyty na miarę czarny strój, a marzyła się jej kolorowa sukienka. Nie przeczuwała jeszcze, że w przyszłości postawi jednak na czerń i biel – kolory dzieciństwa. Już wtedy postanowiła, że gdy opuści zakon, jej życie będzie wolne od jakichkolwiek ograniczeń. Miała 18 lat, kiedy wreszcie mogła o sobie zadecydować. Jako że sama musiała zarobić na swoje utrzymanie, zajęła się tym, czego nauczyły jej siostry – szyciem. Udała się do Vichy, gdzie poza pracą w zakładzie śpiewała w żołnierskich koszarach. Tam właśnie wykonała piosenkę o dziewczynie, która zgubiła swojego pieska Coco. Od tamtej pory wszyscy w lokalu zaczęli ją tak nazywać i pod tym pseudonimem, początkowo dla Gabrielle obraźliwym, poznał ją świat. W czasie wolnym oddawała się czytaniu romansów, wyobrażając sobie, że jest jedną z bohaterek. Jednak mimo wielu zajęć i rozrywek, życie nie dawało Coco poczucia sensu. Już jako kobieta spełniona wyznała przyjacielowi, że kiedyś miewała myśli samobójcze. Czuła się samotna i odrzucona. Tylko wiara w siebie kazała się jej nie poddawać. Wtedy poznała człowieka, dzięki któremu w przyszłości miała otworzyć swój pierwszy sklep.

W męskim świecie biznesu

Ale zanim do tego doszło Coco musiała wiele przejść. Kochanek nie traktował jej jak partnerki, raczej jak utrzymankę. Nie mogła znieść myśli, że jej los zależy od kogokolwiek. Marzyła, żeby stać się niezależną i polegać przede wszystkim na sobie. Wiedziała, że może to osiągnąć tylko własną pracą. Marzenie Chanel, by samej zarobić na życie u progu XX wieku było niesłychanie ambitne. Kobiety nie zakładały w tych czasach własnych przedsiębiorstw. Ich usamodzielnienie wydawało się wręcz niemożliwe. To przecież okres, gdy kobieta bez mężczyzny nie znaczy wiele, a zarobki jakie proponuje się szwaczkom są krytycznie niskie. Trzeba było wielkiego talentu i pomysłu na siebie, by zarobić pieniądze, co dopiero stać się milionerką w państwie, w którym kobiety nie miały nawet prawa do głosowania! (Wprowadzono je dopiero w 1944 roku).Chanel wiedziała, że nie ma nic do stracenia. I że tylko maksymalna chęć przebicia się pozwoli jej zaistnieć w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie biznesu i zadziwić tym cały kraj.

A szokować zaczęła jeszcze zanim otworzyła swój pierwszy sklep. Ubierała się w męskie rzeczy, jeździła konno i opalała się. Nie robiła tego bynajmniej dla zwrócenia na siebie uwagi. Wszystkie swoje działania motywowała chęcią decydowania o sobie. Nie cierpiała ograniczeń, a suknie i wielkie kapelusze krępowały jej ruchy. Nie mogła się na to godzić. To właśnie potrzeba komfortu i swobody zadecydowały o jej późniejszych sukcesach. Na razie jednak musiała poprosić o pożyczkę na salon z nakryciami głowy. Przyjaciele nie sądzili, by z pieniędzy tych mogła zrobić większy użytek. Nie liczyli nawet, że kiedykolwiek zwróci dług. Ale mimo braku wsparcia, nie dała się odwieść od pomysłu i szyła kapelusze. Pierwsze projekty powstały dzięki inspiracjom ascetycznego stylu obowiązującego w sierocińcu. Jej nakrycia głowy były proste, bez ciężaru ozdób i falban. Panie zaczęły przychodzić do sklepu najpierw z ciekawości, by niedługo oszaleć na punkcie prezentowanych przez Coco kolekcji. Sukces, jaki odniósł salon, przerósł najśmielsze oczekiwania nie tylko postronnych, ale samej Chanel. Wkrótce oddała pożyczone pieniądze, a resztę sumy przeznaczyła na otwarcie domu mody, który przy Rue Cambon w Paryżu stoi do dziś.

Upragniona wolność

Popularyzowany przez nią styl proponował prosty krój, ozdabiany dużą ilością biżuterii. Łączenie elementów sportowych z perłami nie od razu przypadło kobietom do gustu, ale Chanel mówiła: „znam kobiety”, wierząc, że przekona je do swoich pomysłów. Z czasem odważyła się także uśmiercić kolory, narzucając czerń i biel. Trudno wyobrazić sobie dziś ogrom tych zmian. Jeszcze niedawno kobiety wbijały ciała w krępujące gorsety, gdy niemal z dnia na dzień włożyły na nogi spodnie. Jak pokazał czas, intuicja Chanel jej nie zawiodła. Stroje zyskiwały coraz większą popularność, dzięki czemu zarobiła wystarczająco dużo, by nigdy już nie prosić o pieniądze. Przyznała, że w końcu dostała to, na czym jej najbardziej zależało – wolność. Odtąd brała swój los we własne ręce i to dosłownie, bo z nożyczkami, którymi cięła ubrania nie rozstała się do ostatniego dnia.

Ogromną zasługą Chanel wydaje się to, jak wpłynęła na opinię publiczną. Stworzyła standard, który trafił w gust wielu. Słynną „małą czarną” w 1926 roku okrzyknięto „Fordem marki Chanel” – szczytem elegancji i prostoty. Nigdy wcześniej nie doszło do takiej rewolucji w modzie, jak w latach, gdy Coco narzuciła kobietom „sukienkę z przyszłości” z logiem podwójnego C. Symbolem wolności i siły. A jej wpływy potwierdzała współpraca z Picassem, Strawińskim i Fitzgeraldem, przyjaźń z Churchillem czy Salwadorem Dali. Jednak światową sławę zyskała dopiero, gdy rynek opanowały perfumy Chanel No 5. Zapach ten jest najbardziej rozpoznawalnym na świecie i sprzedaje się średnio co pół minuty. Nawet pomysł stworzenia perfum wyrósł z potrzeby zrzucenia ograniczeń. Coco twierdziła, że kobiety używają zapachów, które dostaną w prezencie. „Najwyższy czas by to zmienić i samej decydować , jakich perfum używać”, stwierdziła Gabrielle. Po dobraniu odpowiednich składników do sygnowanego jej nazwiskiem zapachu, sama zajęła się jego promocją, rozpylając próbki w swoim sklepie i w restauracjach, do których chodziła. Uważała, że, trzeba wodzić kobiety za nos, by zechciały mieć flakon na własność.

Kobieca rewolucja

Mimo coraz większej sławy i majątku, życie jej nie rozpieszczało. Największym ciosem była dla niej śmierć mężczyzny, w którym była szaleńczo zakochana. Zginął w wypadku wracając od innej kobiety. Przez moment wydawało się jej, że straciła wszystko. Zarządziła, by całą jej sypialnię przerobić na czarno. Po jednym dniu zmieniła jednak zdanie, przemalowała pokój na biało i wzięła się do pracy. Nigdy nie zaniedbywała obowiązków. Dbała o karierę i dalszy rozwój firmy, będącą od tej pory jedynym sensem jej istnienia. Dzięki temu dała pracę tysiącom kobiet, od których jednak wiele wymagała. Sama pracowała tak długo, aż wszyscy dookoła padali ze zmęczenia. Poprawiali kostium dotąd, aż Chanel uznała, że jest idealny. Była perfekcjonistką. Pracowała nawet w soboty, chciała przychodzić do zakładu także w niedziele, ale jej pracownicy się na to nie zgodzili. Wielkim staraniem uczyniła z krawiectwa sztukę masową, wpłynęła na rozwój całego kraju. I mimo że nigdy nie wyszła za mąż i nie miała dzieci, jak nikt rozumiała kobiety. Była pewna swoich wyborów i pomysłów, bo wiedziała, co lubią.

Moje życie jest nudne” powiedziała przed premierą sztuki napisanej na podstawie jej biografii. W rolę Mademoiselle wcieliła się Katharine Hepburn. Twórcy uważali, że tajemnica Coco tkwiła w tym, że potrafiła z wydarzeń tragicznych wyciągnąć pozytyw, przerobić złe wspomnienia na dobre. A ona odpowiadała, że po prostu wie, czego chce. Dzięki tej sile charakteru z czasem zabiegało o nią także Hollywood. Marilyn Monroe zapytana, w co ubiera się do snu spontanicznie powiedziała, że tylko w Chanel No 5. Ameryka lat 50. pokochała jej ubrania i perfumy. Nawet żona prezydenta Kennedy’ego wybierała stroje z kolekcji prezentowanych przez Chanel. Kochano ją nie tyle za tworzenie mody, co za tworzenie rewolucji. Chłopka z prowincji narzucała światu styl! Dlatego kolejną jej wielką zasługą było pokonanie bariery klasowej. Zaprosiła kobiety do udziału w modzie, zarezerwowanej dotychczas tylko dla arystokratek.

Praca do ostatnich chwil

Coco Chanel – kobieta, która hermetyczny świat mody przekształciła w świat wielkiego przemysłu. Nie pozwalała traktować swojego zawodu trywialnie. Mówiła, że przecież moda pozwala tysiącom mężczyzn i kobiet zarabiać na życie. Mówi się, że była twarda jak diamenty, które nosiła, jednak II wojna światowa nie uchroniła jej przed zamknięciem salonu. Także w pierwszych latach po zakończeniu wojennych działań nie wróciła do biznesu. Wielu myślało, że już nigdy się jej to nie uda. Ale Mademoiselle, mimo że miała już 70 lat, w 1954 roku zaprezentowała Paryżowi swoją kolejną kolekcję. Francja krytycznie odniosła się do powrotu Coco, jednak ta nie zaprzestała szycia. Zmarła w trakcie przygotowywania kolejnego pokazu. Pochowano ją tam, gdzie sobie życzyła, w Lozannie.

Wcześniej mawiała jednak: „kocham życie, uważam, że to coś cudownego”.

Podstawą w tworzeniu materiału była książka Justine Picardie “Coco Chanel. Legenda i życie”, w tłumaczeniu Katarzyny Karłowskiej.

Autor: Paula Szewczyk

Robert Lewandowski – Polak klasy światowej

Jeszcze kilka lat temu Legia Warszawa nie chciała przyjąć go do drużyny. Dziś zabiegają o niego kluby z całej Europy, a prasa ściga się w pochwałach. Robert Lewandowski całym tym zamieszaniem zdaje się jednak najmniej zainteresowany.

Jego dewiza jest prosta „strzelać bramki i osiągać sukcesy”. Droga, jaką musiał pokonać, by być dziś „światłem piłki” była jednak dużo trudniejsza. Urodził się w Warszawie w 1988 roku. Można powiedzieć, że o karierze w sporcie zdecydowali za Roberta rodzice. Sami przez wiele lat byli związani zawodowo ze sportem. Matka trenowała siatkówkę, ojciec judo. To, że Robert zajmie się piłką nie było dla nich takie oczywiste. Początkowo uprawiał te dyscypliny, którymi zajmowali się właśnie rodzice. Nie pozostało to bez wpływu na jego późniejsze sukcesy piłkarskie. Dzięki treningom judo i „siatki”, Robert miał doskonałą koordynację ogólnoruchową. Jednak w głębi ducha wiedział, że to futbol stanie się jego życiową pasją. Początkowo ćwiczył sam, nagrywał się na taśmę, odtwarzał, analizował, co poprawić. Jeśli jakiś ruch mu się nie udawał, trenował, dopóki nie wykonał go odpowiednio. Jako dziecko oglądał mecze w telewizji i wyobrażał sobie siebie na murawie. Chciał podobnie jak jego idole stanąć na boisku, odśpiewać hymn i zagrać. Częściej niż na mecze, chodził jednak na treningi, by podglądać, jak zawodowcy przygotowują się do gry. Interesowała go strona techniczna, nie samo zdobywanie bramek.

Trening mimo wszystko

Dlatego zamiast marzyć, po prostu wziął się do pracy. Wiedział, że każdy dzień rzetelnych przygotowań, zbliży go do upragnionej, wielkiej gry. Zanim jednak trafił do najlepszych, musiał się zahartować. Pierwsze treningi w klubach odbywał na boiskach, gdzie nie zawsze była murawa, a o ciepłej wodzie można było jedynie pomarzyć. Wracał nieraz tak brudny, że mama w samochodzie rozkładała folię, by nie zabłocił siedzeń. Kiedy koledzy ze szkoły spędzali czas przed telewizorem, Robert pokonywał z piłką kilometry. Nie zaniedbał przy tym szkoły, starał się dobrze uczyć. Efekt był taki, że często zasypiał w ubraniu tuż po kolacji. Jako dzieciak był bardzo niski i chudy, grał jednak ze starszymi i większymi. Trener często specjalnie ustawiał go przeciw dryblasom, żeby przezwyciężał kompleksy. Mimo niewielkiej masy, nie zraził się do ćwiczeń. Wręcz przeciwnie, zadziwiał wszystkich, że potrafi sobie radzić z większymi od siebie. Stawał się coraz silniejszy. Siły nie mogło mu także zabraknąć w 2005 roku, gdy zmarł jego ojciec. Robert w wieku 17 lat musiał dojrzeć szybciej, niż rówieśnicy. Stał się jedynym mężczyzną w rodzinie. Od momentu wejścia do wielkiej piłki, dedykuje ojcu każdą bramkę spojrzeniem w niebo.

Zawsze może być lepiej

Kiedy po kilku latach systematycznych treningów Legia Warszawa nie chciała przyjąć młodego zawodnika do swojej drużyny, czuł ogromny zawód. Musiał szukać innego klubu. Jednak ani myślał zrezygnować z marzeń. W 2006 roku trafił do Znicza Pruszków. Wiedział, jakie ma cele i postanowił je osiągnąć. Wieczorami, po treningach, zostawał dłużej, żeby jeszcze trochę poćwiczyć. Był nadambitny. Zawsze słuchał trenerów, chciał wiedzieć, co poprawić, żeby następnym razem nie popełnić podobnych błędów. Ważnym momentem w jego karierze było poznanie Cezarego Kucharskiego, który pomaga mu do dziś. Zdaniem menagera talent, to za mało, by osiągnąć szczyt. Robert ma jeszcze umiejętność podejmowania decyzji, słuchania tego, co jest mu przekazywane i wyciągania odpowiednich wniosków. Kucharski wymyślił piłkarzowi dwuletnie cykle: grę w drużynie przez dwa lata i transfer do kolejnej. I tak najpierw „Lewy” grał ze Zniczem, by po dwóch sezonach trafić do Lecha Poznań, zdobyć z nim Mistrzostwo Polski i szukać kolejnej okazji do szlifowania umiejętności. Sam Lewandowski mówi, że gdy gra w piłkę jest po prostu szczęśliwy. Przed opuszczeniem Lecha wiedział jednak, że w kraju osiągnął już na tyle dużo, że czas sięgnąć po jeszcze więcej.

Polski nie znaczy gorszy

Na początku kariery jego umiejętności Pruszków wycenił na pięć tysięcy złotych. Poznań kupił Lewandowskiego za 1,5 miliona. Gdy odchodził, wart był już 4,5 miliona i to Euro. Właśnie tyle Borussia Dortmund zdecydowała się zapłacić Lechowi za polskiego piłkarza. To największa suma, jaką zaproponowano kiedykolwiek za naszego zawodnika. Zdaje się jednak, że gdy dochodziło do transferu, Borussia nie przewidziała, że oto kupuje sobie „żółto-czarnego magika”. Początkowo Robert musiał w Niemczech przełamywać kompleks chłopaka z Polski. Powtarzać sobie, że nie jest wcale gorszy od graczy z Zachodu. Trudno było to jednak osiągnąć bez znajomości języka. Dlatego bardzo zależało mu na nauce niemieckiego. Chciał swobodnie rozmawiać, żartować w szatni razem z chłopakami, być jednym z nich. Zaczął więc z czasem uczyć się sam. W dortmundzkiej drużynie stawiano na intensywne treningi. Kosztowały Roberta wiele wysiłku. Obiecał sobie jednak, że zrobi wszystko, by pokazać, że wart był tych wielkich pieniędzy. Choć nie od razu mu zaufano. Pierwszy rok nie grał nawet w podstawowym składzie. Zdarzało się, że mecz przesiadywał na ławce. Nawet, gdy dopuszczano go do gry i strzelał bramki, po dobrze rozegranej akcji wracał do rezerwowych. Wspomina ten czas, jako deprymujący, niecierpliwił się, chciał trafić w końcu do podstawowego składu. Jednak czuł, że należy wykazać się pokorą i zaufać trenerowi. Przeczekał więc ten etap, by chwilę później zadziwić swoją grą cały piłkarski świat.

Żywa legenda

Kiedy Jurgen Klopp czuł, że „Lewy” jest gotowy do gry, wprowadził go do podstawowej jedenastki. Jednak tego, czego dokonał Robert na boisku, nie spodziewał się nawet sam trener. Lewandowski do historii przejdzie jako zdobywca czterech bramek w półfinale Ligi Mistrzów w sezonie 2012/2013. Kiedy strzelał kolejno w 8., 50., 55. i 67. minucie gole Realowi Madryt, trybuny niemal oszalały. Do tej pory nawet największy piłkarz, Leo Messi, nie zdobył tylu bramek w jednym meczu półfinałowym Ligi. „Lewy” był pierwszym, który to osiągnął. Pisano o nim wówczas „Ludwig van Lewandowski, grający w rytmie gol gol gol”. Dzięki tak oszałamiającej grze Polaka, drużyna z Dortmundu po szesnastu latach miała szanse stanąć do gry o puchar. Niestety na Wembley wygrał Bayern Monachium, ale Lewandowski obiecał, że to ostatni raz, kiedy patrzy, jak inna drużyna odbiera tytuł. Spełnił jednak największe swoje marzenie. Zagrał o Puchar Europy. Po meczu był tak rozemocjonowany, że nawet nie pamięta, jak ściskał dłoń Angeli Merkel.

Jako swój największy atut Robert Lewandowski wymienia umiejętność przewidywania. Być może to właśnie dzięki niej stał się w ciągu kilku lat czołowym napastnikiem Europy. Robert nie ma wymagań od trenerów, wie, że każdy piłkarz musi o siebie zadbać sam. Dlatego nie czuje strachu przed niepowodzeniami. Mówi, że nigdy go nie załamywały. Dzięki nim jest dziś na tyle silny, że nie boi się także podejmować ryzyka. Przyznaje, że bez niego nigdy nie był tym, kim jest.

Podstawą w tworzeniu tekstu była biografia Roberta Lewandowskiego “Pogromca Realu” spisana przez Wojciecha Zawiołę.

Autor: Paula Szewczyk

McPotęga – historia podboju świata przez McDonalds

Jak to się stało, że Klaun Ronald jest równie rozpoznawalny przez dzieci, co święty Mikołaj? I kto właściwie wpadł na pomysł złotych łuków, które zdobią ponad 32 tysiące restauracji na całym świecie? Historia firmy McDonalds jest równie długa, co niewiarygodna, a zaczęła się 75 lat temu w Kalifornii.

McDonalds nie byłby najbardziej rozpoznawalną marką świata, gdyby nie wkład i ciężka praca kilku facetów, którzy nie mieli żadnego doświadczenia w branży, ale łączył ich zapał i zdolność znajdowania najprostszych rozwiązań. Kiedy bracia McDonaldowie otwierali swój pierwszy lokal, żaden z nich nie przewidział sprzedaży takiej ilości hamburgerów, że gdyby położyć je jeden na drugim, sięgnęłyby od Ziemi do Księżyca. Nie spodziewali się także, że ich imię nosić będą tysiące restauracji od Ameryki po Azję. Jedyne na co się powoływali, to rozsądek i intuicja, dzięki którym zawdzięczamy powstanie samoobsługowych barów szybkich dań.

Hamburgery na obrzeżach miasta

Richard i Maurice w 1930 roku przenieśli się z niewielkiego rodzinnego miasteczka do Kalifornii, by szukać szczęścia w biznesie. Ich pierwszą wspólną inicjatywą był kinoteatr, ale zdołał przetrwać na rynku jedynie 4 lata. Mimo porażki, bracia nie zniechęcili się do interesów, postanawiając stworzyć restaurację dla zmotoryzowanych. Był rok 1937 kiedy Dick i Mac otworzyli swój pierwszy bar z hamburgerami. Wtedy lokal prawie niczym nie przypominał restauracji znanych nam dzisiaj. Był to ośmiokątny budynek, przeszklony ze wszystkich stron, w którym nie było siedzeń, a jedzenie donosiły kierowcom kelnerki do zaparkowanych przy krawężnikach samochodów. Sam pomysł otwarcia restauracji nie był wcale wyjątkowy. Takie chodnikowe usługi prowadziło na obrzeżach miast wielu innych przedsiębiorców. Pierwszy McDonalds był więc skromną inicjatywą, konkurującą z wieloma podobnymi do siebie punktami. Patrząc na niewielką budkę z hamburgerami, nikt nie podejrzewał, że tu narodzi się nowa generacja branży restauracyjnej.

Mimo coraz większych obrotów, McDonaldowie nie byli zadowoleni z faktu, że odwiedza ich głównie męska klientela w skórzanych kurtkach i nastolatkowie odstraszający swoim zachowaniem spokojne rodziny. Dlatego bracia postanowili przerobić restaurację tak, by stała się atrakcyjna także dla rodzin z dziećmi. Zamknęli lokal na kilka miesięcy, przenieśli lokalizację i powrócili w nowej, przyjaznej odsłonie. Tymczasowe zawieszenie usług baru sprowadziło na braci ryzyko utraty wielu klientów, ale jak się wkrótce okazało, warto było podjąć wyzwanie. Nie tylko McDonalds nie stracił dawnej klienteli, a przyciągnął zupełnie nową. Stał się pierwszą restauracją, w której zamówienie składać mogły dzieci, podczas gdy rodzice spokojnie obserwowali je z okien swoich samochodów. Zyski braci szybko wzrosły dając im zarobek rzędu 50 000 dolarów rocznie, co w tamtych latach było sumą zawrotną, za którą zdołali kupić 25-pokojowy apartament.

Od budki do franczyzy

Choć Dick i Mac szybko się wzbogacili, pozostali tymi samymi ludźmi, kierującymi się w życiu prostymi celami. Tajemnica ich sukcesu tkwiła w jasno określonych działaniach, które wspólnie ustalili. Zależało im przede wszystkim na szybkiej obsłudze, niskich cenach i dużych ilościach serwowanych dań. By przyspieszyć podawanie posiłków, wprowadzili do restauracji taśmy produkcyjne, które niedawno zastosował jako pierwszy w swoich fabrykach Henry Ford. Z czasem ich przydrożny bar stał się czymś w rodzaju mekki, do której ciągnęli Amerykanie z całego kraju. Każdy na własne oczy chciał zobaczyć, jak w piętnaście sekund serwuje się smacznego hamburgera, za jedyne 15 centów.

Złote łuki, symbol rozpoznawany nawet w Afryce, to pomysł, który narodził się dopiero w latach 50. Wtedy nikt poza Mackiem nie miał do nich przekonania. Główny projektant budynku wycofał się z inicjatywy, mówiąc, że nie podpisze się pod czymś tak szpetnym jak żółte łuki, służące nie wiadomo czemu. Ale McDonalds się uparł, twierdził, że jeśli z nich zrezygnuje, bar będzie tylko kolejnym prostokątnym budynkiem. Gdyby nie upór i intuicja Maca, nie byłoby dziś świecącego nocą neonowego M nad budynkami restauracji. Innym odważnym krokiem McDonaldów była decyzja o sprzedaży franczyzy. Bracia jednak zupełnie nie potrafili na niej zarobić, tracąc jedynie na jakości marki. Przyznawali później zgodnie, że nie mieli aspiracji, by stworzyć z restauracji tak ogromną sieć. I gdyby nie dostawca mikserów, Ray Kroc, być może dziś nikt nie znałby historii McDonalds, który pozostałby tylko jednym z tysięcy barów z hamburgerami, jakie wówczas istniały w Ameryce.

Bohater nie manager

Kroc zobaczył w dziele braci ogromny potencjał, który wydobywał przez kolejnych 30 lat, robiąc z McDonalds największą potęgę gastronomiczną wszech czasów. W 1961 wykupił od Dicka i Maca licencję na wyłączność marki za niebotyczną kwotę 2 700 000 dolarów. Żaden z McDonaldów nie spodziewał się, że w przyszłości firma warta będzie 990 milionów! Zresztą sam Ray, gdy rzucał posadę sprzedawcy, nie przewidział, na jaką skale rozbuduje swe dzieło. Podobnie jak bracia pionierzy, nie miał doświadczenia w branży. Postawił na pasję i zaangażowanie, starając otaczać się ludźmi o podobnym podejściu. Mawiał: „jeśli ktoś lubi tylko zarabiać pieniądze, nie jestem nim zainteresowany”. Był nieprawdopodobnie pracowitym i przykładnym menadżerem. Nie znosił niechlujnego wyglądu, gum do żucia, brudnych paznokci. Cenił czystość ponad miarę. Sam własnoręcznie sprzątał parkingi pod restauracjami ze śmieci i kubków. Jak większość pracowników w firmie nie ukończył college’u i twierdził, że dyplom nie jest wcale lepszy od doświadczenia zawodowego i zdrowego rozsądku. Pracował 70 godzin w tygodniu, a przez pierwsze 5 lat nie pobierał żadnej pensji! Zarządzanie restauracjami nie było jego pracą, tylko jego życiem.

Pomysły Ray’a zaskakiwały wszystkich. Ku powszechnemu zdziwieniu w 1957 firma rozpoczęła badania nad technologią smażenia frytek, zakładając własne laboratorium. Dostawcy produktów niejednokrotnie myśleli, że zamówienia składane przez McDonalds to żart. Trudno było uwierzyć, że jedna restauracja potrzebowała tygodniowo 14 worków ziemniaków, gdy inne tylko jednego. McDonlad’s to również innowator w kwestii sprzętu do obsługi restauracji. Jako pierwszy wymyślił aluminiową łopatkę do frytek, która służy firmie do dziś. Podręcznik autorstwa Turnera, najbliższego współpracownika Kroca, zaczynał się od słów MUSISZ BYĆ PERFEKCJONISTĄ i ważył prawie 3 kg. Firma jako pierwsza w branży otworzyła Uniwersytet Hamburgera, w którego salach wykładowych uczono odpowiedniego smażenia mięsa i ziemniaków.

Jedna globalna rodzina

Dziś McDonalds swoją główną siedzibę ma w Chicago. Dysponuje 6.6 procent wszystkich pieniędzy, którą Amerykanie wydają na jedzenie. Wykupuje 5%ziemniaków uprawianych dla celów spożywczych, a co piętnasty amerykański pracownik podjął w nim swoją pierwszą pracę. McDonalds zmienił przede wszystkim nawyki żywieniowe Amerykanów, zrewolucjonizował gastronomię i rynek przetwórczy, a także spopularyzował znaną dziś powszechnie praktykę franczyzy. To prężnie działająca federacja restauracji, obsługująca w ponad stu krajach 52 miliony gości dziennie Taki wynik firma zawdzięcza geniuszowi Ray’a Kroca ,który doskonale dobierał i motywował swoich menadżerów, franczyzobiorców i dostawców. Ale łącznie imperium McDonalds to tysiące pojedynczych firm, z których Kroc zdołał umiejętnie stworzyć jedną rodzinę o wspólnym celu. Mówił „Jesteśmy impulsywni, próbujemy iść szybciej niż to możliwe, ale jednocześnie po mistrzowsku potrafimy po sobie posprzątać”, podkreślając, że bez popełnianych niejednokrotnie błędów, sukces nigdy nie byłby tak wielki.

Przy pisaniu tekstu korzystałam z książki Johna F. Love’a McDonalds. Historia złotych łuków w tłumaczeniu Agnieszki Grzybek.

Autor: Paula Szewczyk