Kto nas tak urządził, czyli jak Ingvar Kamprad zakłożył IKEĘ

Mało kiedy zdajemy sobie sprawę, że to, co dziś w IKEI wydaje się oczywiste, kiedyś było innowacją na niespotykaną skalę. Aż trudno uwierzyć, że człowiek, który za tym wszystkim stoi, zakładając znaną dziś na całym globie firmę, miał 17 lat.

By wejść w świat biznesu, niepełnoletni Ingvar Kamprad potrzebował pisemnej zgody opiekuna. Wuj Ernst długo zastanawiał się, po co jego młody siostrzeniec miałby zakładać własne przedsiębiorstwo, nie mając żadnej gwarancji powodzenia. Ale po szczerej rozmowie, rozgorączkowany Ingvar uzyskał aprobatę wuja i zarejestrował firmę w urzędzie. Nie tracąc zbyt wiele czasu na wymyślanie skomplikowanej nazwy dla przedsięwzięcia, młody Kamprad skorzystał z najprostszego rozwiązania – połączył własne inicjały z nazwą miejscowości i parafii, w której mieszkał. Tak, bez większych fajerwerków, powstała IKEA.

Chłopiec z zapałkami

Jednak zakładając oficjalnie pierwszą gospodarczą działalność, Ingvar Kamprad wcale nie był amatorem w branży. Drobnym handlem zajmował się już jako 5-cio latek. Zaczął od sprzedaży zapałek z dostawą do domu. Kupione na rynku w Sztokholmie pudełka po atrakcyjnej cenie, odsprzedawał nieco drożej sąsiadom poza farmą Elmtaryd. Z czasem rozwoził rowerem także inne produkty: ozdoby choinkowe, ołówki i nasiona. Dzięki zarobionym pieniądzom było go stać nawet na kupno używanego samochodu. To właśnie te zajęcia w młodzieńczych latach uświadomiły mu, że biznes jest tym, czemu pragnie się poświęcić.

Od pończoch do mebli

Początkowo IKEA nie miała wiele wspólnego ze sprzedażą mebli. Firma uczącego się w Szkole Handlowej w Göteborgu, ciągle niepełnoletniego Ingvara Kamprada, sprzedawała portfele, biżuterię i pończochy. W 1947 roku, cztery lata po założeniu IKEI, Szwed zobaczył w prasie ogłoszenie o wyprzedaży mebli zamieszczone przez konkurencyjną firmę . Wtedy intuicyjnie poczuł, że powinien zająć się właśnie sprzedażą wyposażeń. W branży funkcjonowało już kilka przedsiębiorstw oferujących meble, dlatego Kamprad próbował wpaść na rozwiązanie, które mogłoby sprawić, że to jego marka stanie się najchętniej wybieraną przez klientów. I udało mu się zaoferować coś, czego do tej pory inne firmy nie proponowały – salon ze stałą ekspozycją na wyciągnięcie ręki klienta.

Cios prosto w drewno

Jednak na sukces Kamprad musiał jeszcze trochę poczekać. Po otwarciu pierwszego sklepu w 1953 roku konkurencyjne firmy szybko zorientowały się, że IKEA zabiera im klientów. Dlatego Szwedzki Związek Sprzedawców Mebli wezwał pozostałe przedsiębiorstwa do bojkotu firmy Kamprada. Wysyłały one do producentów i dostawców listy grożące wycofaniem zamówień, jeśli będą one dostarczać czy transportować meble IKEI. Wystraszone fabryki wycofały więc swoje kontrakty z IKEĄ, zostawiając Szweda na lodzie z dnia na dzień. Bojkot ten omal nie zniszczył mu kariery. Gdyby nie jego upór i szczęśliwy splot okoliczności, być może dziś meble kupowalibyśmy w zupełnie innych salonach, a o IKEI nikt nawet by nie usłyszał. Tak się składa, że krajem, który pomógł Kampradowi wyjść z kryzysu była Polska.

Unia polsko-szwedzka

Pierwszą wizytę, będąca początkiem przeszło 50-cio letniej współpracy, Ingvar Kamprad złożył w Polsce jeszcze w 1961 roku. Był to okres uzależnienia kraju od Związku Radzieckiego, zatem handlowe pertraktacje nie przychodziły łatwo. Szwed uzyskał jednak zgodę na wyjazd do Radomska, gdzie mógł zobaczyć, jak działa fabryka, mająca w przyszłości produkować meble na potrzeby IKEI. Na drugi dzień od wizyty Kampradowi udało się dopiąć kontrakt na ostatni guzik i oddać w ręce Radomska część produkcji. 35-letni wówczas Ingvar podpisał umowę, która w przyszłości wygenerowała dla niego obrót rzędu 2 miliardów koron. Dziś trudno orzec, czy decyzja o współpracy z Polską uratowała IKEĘ przed upadkiem, ale z pewnością można stwierdzić, że przyczyniła się do jej prężnego rozwoju. Przeniesienie części produkcji za granicę Szwecji było jednak przede wszystkim zwycięskim posunięciem w walce z rywalami, którzy myśleli, że Kamprad podda się i zamknie IKEĘ. Szwed pokazał im, że pomysłowością i sprytem da się wygrać z nieczystymi posunięciami i nieuczciwością. Właśnie tym zupełnie pokonał konkurentów i to jego meble sukcesywnie zaczęły opanowywać Europę.

Grunt to funkcjonalność

Pierwszy sklep poza Skandynawią Ingvar Kamprad otworzył w Szwajcarii nieopodal Zurychu. Taka właśnie była polityka firmy – budować sklepy na obrzeżach miast. Dziś nikogo to nie zastanawia, jednak w latach powojennych takie rozwiązanie wywoływało wśród klienteli duże zdziwienie. Ale Kamprad wiedział, co robi. Dzięki takiemu rozwiązaniu, chętni na zakupy byli na wyłączność IKEI. Nie mieli możliwości wyjścia do miasta, przejścia do innych salonów, czy zastanowienia się nad kupnem. Skoro przejechali taki kawał drogi , szkoda było im niczego nie kupić. W ten sposób IKEA generowała sobie zyski. Jednak sam pomysł budowy salonu był już wielką innowacją. Budynek, do którego można wejść, obejrzeć meble z bliska, sprawdzić jakość i od razu zapakować do samochodu? Niemożliwe. Dlatego Kamprad pragnął dać ludziom rozwiązania, które byłyby praktyczne oraz meble do bólu funkcjonalne. I właśnie to jest największą tajemnicą sukcesu IKEI. A wydawało się, że IKEOWA rewolucja nie miała końca. Odkręcane nogi od stołów ułatwiały transport, obniżając przy tym koszty przewozu. IKEA to także pierwsze meble, które można było samemu zmontować w domu. I przede wszystkim dobra jakość w niskiej cenie. Ingvar Kamprad dał więc ludziom wiele więcej niż wyposażenie domów. Podsuwał praktyczne rozwiązania, kształtował gusty, dawał poczucie komfortu i spełniał marzenia.

Najbogatszy na świecie?

Obecnie IKEA obsługuje 500 mln klientów rocznie. Nie ma wątpliwości, że to jedna z najlepiej prosperujących, prywatnych firm na świecie. Posiada ponad 300 sklepów w 44 krajach świata, zatrudniając przeszło 75 tys. osób. Aż trudno uwierzyć, że jej właściciel do dziś pozostał skromnym człowiekiem, który od lat jeździ tym samym samochodem, dzieciom kupuje zabawki na przecenach, a na targu dyskutuje o cenie owoców. Mimo że magazyn Forbes od lat umieszcza go w ścisłej czołówce najbogatszych ludzi świata, sam Kamprad dementuje te pogłoski. Pracownicy cenią go najbardziej za to, że często odwiedza ich w salonach, motywuje, daje poczucie misji. Podobno od zawsze potrafił zjednywać sobie ludzi. Może jego sukces tkwi także w tym, że od lat ma jasno wyznaczone cele, które realizuje bez względu na przeszkody. Przy budowaniu marki zależało mu przede wszystkim na tym, by dać ludziom szczęście. Chciał być nie tylko kreatorem, podpowiadał też, jak żyć komfortowo. Jego dewizą było łączenie prostoty i wygody z oszczędnością. Zasady te wydają się tym prawdziwsze, jeśli pomyśleć, że Ingvar Kamprad, poza fotelem po matce, w całości urządził dom meblami IKEA.

Podstawą w tworzeniu tekstu był wywiad rzeka „Historia IKEA: Ingvar Kamprad rozmawia z Bertilem Torekullem” sporządzony przez Bertilla Torekulla.

foto: aftonbladet.se

Autor: Paula Szewczyk

Ikona kultury masowej w płynie, historia Coca-Cola

W roku 1886 w Paryżu nie ma jeszcze wieży Eiffla, a Polacy zachwycają się „Potopem” Sienkiewicza. Nikt nie spodziewa się wynalezienia kinematografu, a w wielu domach nie świecą jeszcze Edisonowe żarówki. Tymczasem w Atlancie pewien farmaceuta wymyśla skład napoju, który niebawem zrewolucjonizuje oblicze nie tylko Ameryki. Continue reading “Ikona kultury masowej w płynie, historia Coca-Cola”

Mozart – geniusz czy tytan pracy? Biografia klasyka

Kiedy skomponował pierwszy utwór miał zaledwie 6 lat. Specjalny koncert dla Ludwika XV zagrał mając lat 9. Nastolatkiem posiadającym na swoim koncie aż 100 utworów muzycznych zachwycał się sam papież. Genialne dziecko czy więzień dyscypliny? Continue reading “Mozart – geniusz czy tytan pracy? Biografia klasyka”

Język niemiecki – czy warto się go uczyć?

Niezależnie od tego, czy wybierasz studia w Niemczech, czy naukę w swoim kraju, warto znać więcej niż jeden język obcy. Myślałeś o niemieckim, ale nie jesteś pewien czy warto?

Ostatnie lata rządów Angeli Merkel pokazały, że Niemcy są ważnym państwem na międzynarodowej arenie. To właśnie w Niemczech znajduje się wiele firm napędzających gospodarkę i ekonomię całego kontynentu. Nawet jeśli studia w Niemczech nie są tym, na co chciałbyś postawić, możesz wybrać język niemiecki, jako drugi. Znajomość niemieckiego może w przyszłości dać Ci istotną przewagę na rynku pracy.

Skąd się wziął Empik? Czyli historia sieci kulturalnych sklepów

W 1948 roku Warszawa dopiero podnosiła się po zniszczeniach spowodowanych drugą wojną światową. 85 procent lewobrzeżnej części miasta było doszczętnie zniszczone. I nagle wśród gruzów i ruin, na ulicy Bagatela otworzył się pierwszy Empik. Continue reading “Skąd się wziął Empik? Czyli historia sieci kulturalnych sklepów”

W śmiechu jest metoda. Charlie Chaplin – historia komika wszechczasów

Charlie Chaplin o tym, że początki bywają trudne, wiedział od najmłodszych lat. Dzieciństwo w przytułku, głód czy obłęd matki, to tylko część przeszkód, z jakimi musiał radzić sobie jako mały chłopiec. Aż trudno uwierzyć, że po tym wszystkim zachował optymizm i jak nikt potrafił rozśmieszyć publiczność do łez. Continue reading “W śmiechu jest metoda. Charlie Chaplin – historia komika wszechczasów”

Jak przełamać swój lęk i przestać bać się zmian

Często zdarza Ci się czuć potrzebę przeprowadzenia w życiu jakieś zmiany? Właściwie myślisz o tym od dawna, ale ciągle trudno Ci sobie wyobrazić, jak to będzie. Nie martw się, każdy choć raz czuł tak samo. Jednak niektórzy skutecznie przełamali ten lęk. Jak to zrobić? Continue reading “Jak przełamać swój lęk i przestać bać się zmian”

Édith Piaf – kobieta, która odbiła się od dna

Przekazywana z rąk do rąk mała Édith, nawet ciężką chorobą nie była w stanie zwrócić na siebie uwagi rodziny. Jednak kiedy z ulicznej śpiewaczki stała się gwiazdą estrady, każdy chciał pobyć z nią choćby na moment. Samej Piaf zależało jedynie, by śpiewać.

Historia Édith Gassion już od narodzin była nietypowa. Przyszła na świat w 1915 roku na schodach kamienicy, bo matka małej nie zdołała na czas dotrzeć do szpitala. Czekała na męża, który upijał się w tym czasie w pobliskim barze. I tak Édith Piaf urodziła się na ulicy. To właśnie paryski bruk był miejscem, które ukształtowało gwiazdę. Na ulicach miasta dziewczynka uczyła się śpiewu i zbierała życiowe doświadczenia. Jednak zanim przekuła swoją przeszłość w dobrą monetę, musiała borykać się z wieloma kłopotami. Matka małej zupełnie nie interesowała się jej wychowywaniem. Édith była czasem tak brudna i zaniedbana, że ojciec nie był w stanie jej poznać. Dlatego postanowił zabrać Piaf do babci. Dziewczynka nie wiedziała, że jej opiekunka pracowała jako kucharka w domu schadzek. W ten sposób dom publiczny stał się domem siedmioletniego dziecka.

Cud w domu schadzek

Paradoksalnie, odkąd Édith trafiła do domu schadzek, jej życie znacznie się poprawiło. Kąpiele, czyste ubranie czy posiłek – o tym wszystkim mała Piaf jeszcze niedawno mogła jedynie pomarzyć. Jednak babcia nie robiła niczego bezinteresownie. W zamian za pomoc, sadzała kilkuletnią dziewczynkę na barze, każąc jej śpiewać dla zebranych gości. Na szczęście pracownice domu starały się, by mała nie odczuła, w jakim miejscu mieszka. Wiedzieli o tym jednak rodzice dzieci, z którymi Piaf chodziła do szkoły. I mimo że nauka dawała jej dużo radości, ze względu na ich interwencje musiała opuścić szkolne mury. Po raz kolejny została niechcianym dzieckiem. W tym czasie przeżywała także problemy zdrowotne. W wyniku niewyleczenia choroby Édith straciła wzrok. Diagnozowano, że już nigdy nie będzie widzieć. Na szczęście po czterech latach udało się jej odzyskać zdrowie, choć w tamtym okresie wyleczenie ślepoty graniczyło z cudem.

Brud, nędza i śpiew

Gdy okazało się, że Édith ma ciekawy głos, ojciec postanowił zabrać ją od babki z powrotem na ulicę, by pomagała mu w zarobkowaniu. Sam był ulicznym artystą i żył od lat z jarmarcznych występów. Zarobione wspólnie pieniądze w całości trafiały do kieszeni ojca. Większość dniówki przepijał w barach, kiedy mała Piaf chodziła głodna. Przez cały dzień pracy dziewczyna nie zdołała niczego zjeść, umyć się ani przebrać. Dzieciństwo stało się dla niej morderczą włóczęgą. Jak sama stwierdzi w przyszłości, w wieku dwunastu lat miała już wszystkiego dość… Nie wiadomo, jak dalej potoczyłoby się jej życie, gdyby nie zdecydowała się odejść. Przekonał ją do tego fakt, że jej śpiew zdecydowanie bardziej podobał się ludziom, niż akrobatyczne popisy ojca. Dlatego chciała żyć już na własny rachunek. Bez domu, bez rodziny i pieniędzy Édith Piaf postanawia zarobić na siebie śpiewem. Niedługo przekona się, że to jedyne, co naprawdę potrafi i kocha.

Paryski wróbelek

Chodziła ulicami Paryża całymi dniami. Jej głos niósł się podwórkami miasta. Wybierała najbardziej zaludnione miejsca, stawała i po prostu zaczynała śpiewać. Ludzie podziwiali jej siłę. Miała tylko 147 cm wzrostu, więc wielu trudno było uwierzyć, że z tego niewielkiego ciała wydobywa się tak potężny dźwięk. Z czasem zarabiała coraz więcej, choć zanim stać ją było na wynajęcie pokoju, mieszkała w parkach i piwnicach. Zimą nie mogła już występować na ulicy, wpadła więc na pomysł śpiewania w żołnierskich koszarach. W wieku 17-stu lat zaszła w ciążę. Wiadomość ta bardzo ją ucieszyła, obiecała sobie, że los jej dziecka będzie lepszy od własnego. Niestety córka Piaf zmarła, nie dożywszy dwóch lat. Śmierć ta bardzo przybiła artystkę, na szczęście nie na tyle, by zaprzestała śpiewu. Od tej pory był on nie tylko formą zarobku, ale także lekarstwem na ból. Jednak prawdziwym przełomem w życiu Édith Piaf było spotkanie Louisa Lepleé, dzięki któremu pierwszy raz wystąpiła w kabarecie przed prawdziwą publicznością. Choć występy te nie od razu uczyniły z niej gwiazdę, przestała być anonimową, uliczną piosenkarką. Zapowiadana jako ptak wyrzucony z gniazda, przyciągała publiczność, zarówno niewiarygodną historią, jak i przepięknym głosem. Niemal niewidoczna na scenie, drobniutka piosenkarka, paraliżowała widzów siłą przekazu. Od tej pory nikt już nie mógł oderwać wzroku od jej małej sylwetki. Tak narodziła się „La Môme Piaf” – paryski wróbelek.

Ptaszek tytanem pracy

Długo nie mogła uwierzyć, że zgromadzona publiczność przychodzi do sali właśnie dla niej. Występowała zawsze w czarnej, klasycznej sukni, nie wykonywała na scenie zbędnych ruchów. Po prostu stała i śpiewała, wyciągając tylko ramiona w kierunku widowni. W porównaniu ze sztucznie uwodzicielskimi piosenkarkami tamtego okresu, wypadała niezwykle interesująco. W kabarecie występowała przez 19 tygodni. W 1937 roku nagrała swój pierwszy singiel, który rozszedł się błyskawicznie. Wraz z coraz większą sławą zwiększał się także jej apetyt na świat. Zaczęła kształcić się na własną rękę. Zdobywała wiedzę, uczyła się czytać i pisać. Zdała nawet państwowe egzaminy, dzięki którym mogła zawodowo tworzyć teksty piosenek. Ciężko pracowała. Ćwiczyła po kilkanaście godzin dziennie. Nagrywała kolejne płyty, wyjeżdżała w trasy i pisała. W 1947 roku zawitała na Broadwayu i choć początkowo Ameryka nie doceniała jej śpiewu, z czasem udało się jej podbić także Nowy York. Miała również aktorski talent. W latach 1950 – 1957 nakręcono z jej udziałem aż 5 filmów. Była niezwykle aktywna, jednak śmierć partnera życiowego wprowadziła ją w depresję, z której nigdy już się nie podniosła.

„Niczego nie żałuję”

Marcel Cerdan zginął w katastrofie lotniczej w najlepszym momencie życia Édith Piaf. Sama przeżyła groźny wypadek, który poważnie wpłynął na jej kondycję. Mimo to zawsze wracała na scenę, będącą dla niej najlepszym lekarstwem. Potrzebowała jednak także silnych leków przeciwbólowych, bez których nie była w stanie samodzielnie się poruszać. W dodatku jej zdrowie pogarszało się wraz z kolejnymi operacjami i powikłaniami. Miała coraz mniej sił, choć do ostatnich tygodni nie schodziła ze sceny. Zmarła w 1963 roku.

W pogrzebie artystki uczestniczyło 40 tysięcy fanów. Jej twórczość należy dziś do klasyki piosenki francuskiej. Utwory takie, jak: „Milord”, „Padam, padam” czy „Non, je ne regrette rien” znane są na całym świecie. Jednak poza utworami, Édith Piaf dała światu coś znacznie cenniejszego. Swoim życiem udowodniła, że sukces można osiągnąć niezależnie od tego, jak żyło się dotychczas, a siły najlepiej szukać w pasji. Tak właśnie żyła Piaf – „nigdy niczego nie żałując”.

Pomocna w tworzeniu tekstu była książka „Niczego nie żałuję. Życie Édith Piaf” Jeana Mareska i Philippe’a Crocqa, w tłumaczeniu Hanny Abramowicz.

foto: muzyka.wp.pl

Autor: Paula Szewczyk

Geniusz za kamerą – wzloty, upadki i Roman Polański

Mimo że Roman Polański przez dziesięciolecia podkreślał, że doszukiwanie się wątków autobiograficznych w dziełach, które tworzy jest stratą czasu, jednego nie można odmówić- jego życie było równie widowiskowe, jak wszystkie kręcone przez lata filmy.

Przyszedł na świat w Paryżu, w roku, w którym Hitler został kanclerzem Niemiec. Kiedy kilka lat później wraz z rodzicami, będącymi w połowie Żydami, przenosił się do Krakowa, nie mógł przewidzieć ani wybuchu wojny, ani tego, że w jej efekcie zamieszka w getcie, że jego ojciec zostanie złapany na ulicy i przewieziony do obozu koncentracyjnego w Austrii, a matka w zaawansowanej ciąży zginie wkrótce zagazowana w Auschwitz. On sam w tym czasie błąkał się po opustoszałym mieście. Był jednym z niewielu dzieci, którym udało się uniknąć wywózki. Dorastał w bardzo trudnym czasie, bez pewności czy kiedykolwiek zobaczy rodzinę. Jadał to, co dostał od życzliwych osób lub znalazł w gruzach. Być może właśnie te okoliczności wzbudziły w nim tak wielki apetyt na życie. Dziś trudno uwierzyć, że mimo tylu okrucieństw, zarówno czasów wojny, jak i tych, które dotknęły go później, pozostanie tak pogodnym człowiekiem, zawsze mającym w zanadrzu anegdotę czy dowcip.

Zacznijmy od upadków

Całe lato przed wybuchem wojny spędził w kinie, oglądając, co tylko było możliwe. Dzięki seansom nauczył się czytać, rozszyfrowując napisy na ekranie. Kino zafascynowało go od pierwszego wejrzenia, a dzięki temu zauroczeniu, zmontował swój pierwszy projektor, nie mając jeszcze dziesięciu lat. Po wojnie utrzymywał się z drobnego handlu, stając się z czasem niezależnym. Nigdy nie narzekał na swój los, a gdy w przyszłości krytycy próbowali tłumaczyć brutalność jego filmów doświadczeniami wojny, mówił „można mi wierzyć lub nie, ale miałem bardzo szczęśliwe dzieciństwo”.

Jako nastolatek zauważył, że koledzy lubią jego towarzystwo, przyznają, że jest zabawny i umie zainteresować opowiadanymi historiami. Zamarzył więc o szkole aktorskiej, choć jego ojciec sugerował, by został spawaczem. Ale młody Romek ciągle marzył o scenie, udało mu się nawet wystąpić kilkakrotnie w Teatrze Młodego Widza. Poza tym oglądał każdą sztukę, jaką tylko wystawiano w Krakowie. Na niektóre potrafił chodzić tygodniami. Przez pewien czas uczył się w Liceum Przemysłu Węglowego, ale cały czas ciągnęło go w stronę sztuki. Dlatego zdecydował się przenieść do Liceum Sztuk Plastycznych, z którego, podobnie jak z przedszkola, został wyrzucony. Nie przejął się jednak zbytnio tym faktem, przyznając później, że wciąż chciał stać się „bohaterem wielkiej przygody”. Nie przewidział tylko, że przygody często będą przeradzać się w tragedie.

“Filmówka” i emigracja

Na początku nowej drogi chciał wyjechać z Polski i zostać pisarzem. Później zdawał do szkoły aktorskiej, ale PWST nie przyjęło go z powodu niskiego wzrostu. Niezrażony złożył papiery na Krakowski AWF, ale i tu go odrzucono. Mimo tylu porażek, z wielką determinacją ciągle poszukiwał dla siebie odpowiedniego miejsca. Ostateczną próbą miał okazać się egzamin do Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. Po trwających tydzień przesłuchaniach w końcu został zauważony i wybrany do szczęśliwej 9 spośród 312 kandydatów zdających na reżyserię. Z czasem okazał się zdolnym studentem, egzaminy zdawał przeważnie jako jeden z najlepszych. Za czasów „Filmówki” zaprzyjaźnił się na długie lata z muzykiem Krzysztofem Komedą, scenarzystą Jerzym Skolimowskim i pisarzem Jerzym Kosińskim.

Choć film dyplomowy został przyjęty przez wydział, Polański nigdy nie został absolwentem łódzkiej szkoły, z powodu nieoddania pracy pisemnej. Po opuszczeniu murów uczelni na Targowej nakręcił swój pierwszy pełnometrażowy film, który wywołał w prasie burzliwą dyskusję „po co i dla kogo robi się takie filmy”. Pisano, że nic w tym obrazie nie porusza. Rok później Nóż w wodzie został nominowany do Oscara, a Polański zdał sobie sprawę, że jeśli pragnie osiągnąć sukces w kinematografii, musi wyjechać z Polski. Po emigracji nie odwiedził kraju przez najbliższe 19 lat.

Tragedii ciąg dalszy

Początek zagranicznej kariery był dla reżysera niezwykle trudny. Doskwierał mu brak pieniędzy, często nie stać go było nawet na bilet na metro. Żył dzięki pożyczkom i gościnności poznanych osób. Poza fatalną sytuacją materialną, miał kłopoty osobiste, opuściła go żona. Został w Paryżu sam, bez pracy i mieszkania. Mimo trudnego początku nie zrezygnował ze swoich planów. Zaczął uczyć się angielskiego z płyt, ćwicząc bez przerwy, po 10 godzin dziennie. W przyszłości wspominał ten okres, słowami: „im ciężej pracowałem, tym bardziej czułem się szczęśliwy”. Był perfekcjonistą, na palnie powtarzał sceny czasem po 30 razy, dopóki nie stwierdził, że w pełni mu odpowiadają. Kiedy pracował przychodził do studia pierwszy, a wychodził ostatni. Pomagał aktorom, jak mógł, potrafił wejść po pas do lodowatej wody, by pokazać im, jak mają odegrać daną scenę. Sam także zagrał w wielu produkcjach, a postać sympatycznego fajtłapy, jaką wykreował, była w przyszłości inspiracją dla bohaterów filmów Woody’ego Allena.

Premiery jego produkcji zwykle wzbudzały wielkie zamieszanie. Było tak choćby z Dzieckiem Rosemary, gdy jedni nazwali film arcydziełem, inni sugerowali reżyserowi, by zaczął się leczyć. Zdarzało się, nawet, że dostawał listy z pogróżkami. Miał opinię dziwaka i wariata. Podejrzewano go o kontakty z sektą, szczególnie w okresie, gdy jego druga żona została brutalnie zamordowana. Przyjaciele pamiętają, że Roman był wówczas wrakiem człowieka. Miał jednak w sobie na tyle siły, by wziąć się do pracy jeszcze ciężej, niż kiedykolwiek. Sam decydował o tym, co i jak chce robić. Marzył o zekranizowaniu sztuki Szekspira? Producenci nastawiali się do tego pomysłu negatywnie? Nieważne, kręcił mimo braku wsparcia i nieprzychylnych opinii. Przyzwyczaił się, że często był jedyną osobą, która wierzyła w sukces. I pewnie dzięki temu uporowi z czasem współpracował z największymi gwiazdami kina, wymieniając choćby Jack’a Nicholson’a, Johnnego Deppa czy Harrisona Forda.

Od krytyki do Oscara

Z biegiem lat jego filmy zaczęły zarabiać ogromne pieniądze, najwięcej, bo aż 57 milionów dolarów dochodu przyniosły Dziewiąte wrota. Aż trudno sobie wyobrazić, że reżyser nie wykazywał zainteresowania zyskami. Kiedy kręcił, liczył się tylko efekt obrazu. A za honoraria wydawał dla przyjaciół przyjęcia, płacił za nich rachunki czy pożyczał, na co potrzebowali. I mimo sukcesów, wciąż cierpiał niesprawiedliwość, bo postrzegano jego filmy przez pryzmat prywatnego życia, wydając najczęściej niesłuszne opinie. Jednak być może, gdyby nie kontrowersje wokół jego osoby, filmy przez niego reżyserowane nie zdobywałyby tak wielkiego rozgłosu. Faktem jest, że prace Polańskiego, pomimo potwornej krytyki, zdobywały uznanie na całym świecie. Dla przykładu film Chinatown, reklamowany jako „nadchodząca klapa”, dziś określa się jako rewolucję w kinematografii, (nominowaną do Oscara w 11 kategoriach).

Ale prawdziwy przełom w karierze Polańskiego miał nastąpić dopiero w 2002 roku, gdy na ekrany kin wszedł najnowszy film reżysera Pianista. Po premierze we Francji twórca dostał ośmiominutowe owacje na stojąco. Okrzyknięto go bohaterem narodowym, legendą i geniuszem kina. Potwierdzeniem tych słów stało się zdobycie Oscara dla najlepszego reżysera, którego Polański otrzymał po ponad 40-stu latach pracy (stał się jednocześnie najstarszym laureatem w tej kategorii). Powiedział później, że wspomnienia Szpilmana „były opowieścią, której szukał od lat”. Zatem cierpliwość reżysera została w końcu nagrodzona. A może odniósł tak ogromny sukces, bo miał zasady, których przestrzegał, niezależnie od okoliczności, w jakich się znalazł? Nie robił filmu, pod którym nie mógłby się z dumą podpisać. Dzięki ciężkiej pracy i niezrażaniu się opinią krytyków, zasłużył sobie na miano Mozarta, Picassa czy Michała Anioła sztuki filmowej.

Kiedy prawie 60 lat temu Roman Polański, student polskiej szkoły filmowej, ogłosił na forum, że zamierza zostać światowej sławy reżyserem, koledzy poklepali go z uśmiechem po plechach, mówiąc, że miło jest sobie pomarzyć. Kto mógł odgadnąć, że powtarzane przez niego „najważniejsze, by bujać w obłokach” będzie najlepszą dewizą na start? Od czegoś musiał zacząć, a szanse miał takie jak wszyscy.

Pomocną w uzyskaniu informacji o życiu i twórczości reżysera była książka Christophera Sandforda “Polański”, w tłumaczeniu Zbigniewa Kościuka.

Autor: Paula Szewczyk

Kulturka musi być – czyli zasady biznesowego savoir vivre’u

Popełniłeś biznesowe faux pas na spotkaniu z nowym klientem? Ponoć pierwsze wrażenie liczy się najbardziej. Ale nic to. Wszystko jest jeszcze do nadrobienia. W odpowiednim zachowaniu się w oficjalnych sytuacjach pomogą Ci…zasady savoir vivre’u.

Tendencja do ciągłego wartościowania i oceniania innych widoczna jest także w biznesie. Środowisko zawodowe jest niezwykle wyczulone na kwestie nienagannej postawy i kultury osobistej. Nikt nie chciałby, aby przerywano mu jego wypowiedź, spóźniano się na spotkanie czy odbierano na nim telefon. Dlatego warto zwrócić uwagę na kilka podstawowych zasad, dzięki którym w przyszłości unikniesz kłopotliwych sytuacji, a przy okazji uda Ci się ocenić poziom kultury u potencjalnych klientów i pracodawców.

Grunt to dobrze zacząć

Wydawałoby się, że przywitanie jest banalną sprawą. Jednak i w tym aspekcie obowiązują zasady, których warto przestrzegać, by sprawić jak najlepsze, przysłowiowe pierwsze wrażenie. Zwykle witającym jest ten, który wchodzi do danego miejsca. Jeśli w pomieszczeniu pojawia się przełożony, osoba niższa rangą zobowiązana jest wstać. Podczas przedstawiania siebie i innych należy podać imię i nazwisko danej osoby. Warto, by uścisk dłoni (choć nieobowiązkowy!) był jednostajny i zdecydowany, ale nigdy gwałtowny. Podawanie ręki nie powinno z kolei odbywać się przez biurko czy stół. Wyjście zza nich nie kosztuje wiele, a na pewno przyczynia się na ogół do sprawienia odpowiedniego wrażenia. W kwestii dotyczącej kobiet- nawet w relacjach zawodowych, to panie decydują o wyciągnięciu ręki. Jeśli klientka nie da sygnału, że jest gotowa do powitania, mężczyzna nie musi narzucać jej swojej uprzejmości. Podobne warunki dyktują osoby starsze, o wyższym stanowisku i prestiżu – to na ich krok w przywitaniu powinieneś czekać. Lepiej wykazać się cierpliwością, niż zostać odebranym jako nachalny.

Często przy rozpoczynaniu spotkania pojawia się dylemat – co zrobić z kurtką? W każdym biurze powinno znajdować się odpowiednie miejsce na wierzchnią odzież. Wypada rozebrać się przed wejściem na rozmowę lub spotkanie. Niedopuszczalne jest przywitanie się w płaszczu czy czapce. Gospodarz powinien dać czas swym gościom na swobodne rozebranie się. Jeśli w zasięgu wzroku nie widać wieszaka, na którym można by zawiesić płaszcz, warto zapytać, gdzie go odłożyć. Pamiętaj, że trzymanie ubrań na kolanach, z braku odwagi zapytania o szatnię, na pewno nie będzie dobrym rozwiązaniem.

Jak Cię widzą

Wygląd zewnętrzny w kontaktach biznesowych to zdecydowana podstawa, a raczej aspekt, bez którego trudno będzie Ci nawiązać współpracę, mimo kompetencji czy doświadczenia. Warto pamiętać, że poza firmą czy organizacją, reprezentujesz samego siebie, a to powinno być największą motywacją w dobraniu odpowiedniego stroju. Ubiór musi być schludny, staranny i czysty, a nawet dopasowany do odpowiedniej pory. Dla przykładu: czarny garnitur powinno nosić się tylko wieczorem, po godzinie 20. W dzień najlepiej dobierać szare, popielate czy granatowe marynarki. Takie skomponowanie stroju świadczyć będzie o Twoim obyciu i wiedzy w kwestiach kulturalnych. Z kolei kobiety, którym zależy na dobrej współpracy, zdecydowanie powinny zrezygnować z wielu elementów garderoby i wyglądu, które w innych okolicznościach uchodziłyby za typowe. Na czarną listę trafiają zatem: spódniczki mini, obcisłe stroje, ubrania z odsłoniętymi ramionami i obuwie odkrywające palce czy stopy. Niemile widziane są także długie, rozpuszczone włosy, ostry makijaż i intensywne perfumy. Warto również zrezygnować z biżuterii i długich, pomalowanych paznokci.

Wizytówki w ruch

Kwestią nie do pominięcia jest także wręczanie wizytówek. Zdobywanie kontaktów poszerza przestrzeń w środowisku. Nie dziwi zatem fakt, że powstały one we Francji w towarzyskich celach Ludwika XIV. Niewiele, poza formą, zmieniło się w tej kwestii. Karty wymienia się zawsze na końcu spotkania. Wręczanie wizytówek opiera się na wymianie, dlatego obowiązkowym jest w zamian za kartę rozmówcy, podać własną. Jeśli aktualnie nie posiadasz  osobistej karty, zaznacz powód i obiecaj kontakt ze swojej strony. W sytuacji, gdy spotkanie odbywa się między kilkoma osobami, wizytówkę wręcza się każdej z nich. Nie należy wyróżniać żadnego z rozmówców, mogłoby to urazić pozostałych. Przekazując kartę, trzymaj ją za brzeg w taki sposób, by osoba odbierająca mogła swobodnie chwycić za drugi. Zapis dodatkowych informacji na podarowanej karcie nie jest niczym niekulturalnym. Wizytówki tworzone są właśnie w taki sposób, by na ich odwrocie można było zanotować ewentualne godziny czy daty następnych spotkań. Trudniej byłoby o notatkę w Japonii, tam wizytówki komponowane są obustronnie i dopisek nie byłby mile widziany. Jeszcze jeden, mały szczegół: o kartę nie wypada prosić.

Telefony, telefony

Dzwoniące telefony w sklepach, tramwajach czy kinach, są już normą. Mało kto pamięta czy wie, że rozmowy w obecności innych są oznaką nieodpowiedniego zachowania. Dlatego warto zwrócić uwagę na ten aspekt w tak oficjalnych sytuacjach, jak właśnie spotkania biznesowe. O ile to możliwe, najlepiej telefon wyłącz. Jeśli jednak z istotnych przyczyn nie możesz tego zrobić, wypada uprzedzić kulturalnie swojego rozmówcę o oczekiwaniu na ważną wiadomość i wyciszyć dzwonek, a rozmawiać tylko poza pokojem czy biurem – możliwie jak najkrócej. W liczniejszym gronie, nawet gdy atmosfera jest sprzyjająca, a rozmówcom udało się nawiązać swobodne relacje, przy odbieraniu połączenia należy przeprosić grupę i oddalić się, wedle możliwości, na jak największą odległość, by dialog nie zakłócał spotkania innym. Eksponowanie telefonu uchodzi za równie nieeleganckie, co rozmowa przy stole. Trzymanie go na smyczy czy w kaburze nie sprawia dobrego wrażenia. „Bycie pod telefonem” nie musi świadczyć o naszym rozchwytywaniu i przedsiębiorczości. Może wskazywać za to na brak umiejętności zarządzania własnym czasem. Sugeruje także, że jesteśmy uwiązani z szefem, partnerem czy dzieckiem. Podobnie jest z wykładaniem telefonu na biurko czy stół. Powinien on znajdować się w kieszeni, teczce lub torebce.

Zawsze i wszędzie

Poznanie zasad kindersztuby może być pierwszym krokiem w swobodnym poruszaniu się w biznesowym środowisku. Z pewnością nie jest jednak jedynym wyznacznikiem sukcesu. Dlatego owszem, warto znać wymogi, nie oznacza to jednak, że możemy zapomnieć o własnej osobowości i pozwolić zdominować się sztywnym regułom. Stąd jedna, najstarsza zasada, dotycząca każdej dziedziny – nigdy nie należy bać się być sobą.

Autor: Paula Szewczyk