Geniusz za kamerą – wzloty, upadki i Roman Polański

Mimo że Roman Polański przez dziesięciolecia podkreślał, że doszukiwanie się wątków autobiograficznych w dziełach, które tworzy jest stratą czasu, jednego nie można odmówić- jego życie było równie widowiskowe, jak wszystkie kręcone przez lata filmy.

Przyszedł na świat w Paryżu, w roku, w którym Hitler został kanclerzem Niemiec. Kiedy kilka lat później wraz z rodzicami, będącymi w połowie Żydami, przenosił się do Krakowa, nie mógł przewidzieć ani wybuchu wojny, ani tego, że w jej efekcie zamieszka w getcie, że jego ojciec zostanie złapany na ulicy i przewieziony do obozu koncentracyjnego w Austrii, a matka w zaawansowanej ciąży zginie wkrótce zagazowana w Auschwitz. On sam w tym czasie błąkał się po opustoszałym mieście. Był jednym z niewielu dzieci, którym udało się uniknąć wywózki. Dorastał w bardzo trudnym czasie, bez pewności czy kiedykolwiek zobaczy rodzinę. Jadał to, co dostał od życzliwych osób lub znalazł w gruzach. Być może właśnie te okoliczności wzbudziły w nim tak wielki apetyt na życie. Dziś trudno uwierzyć, że mimo tylu okrucieństw, zarówno czasów wojny, jak i tych, które dotknęły go później, pozostanie tak pogodnym człowiekiem, zawsze mającym w zanadrzu anegdotę czy dowcip.

Zacznijmy od upadków

Całe lato przed wybuchem wojny spędził w kinie, oglądając, co tylko było możliwe. Dzięki seansom nauczył się czytać, rozszyfrowując napisy na ekranie. Kino zafascynowało go od pierwszego wejrzenia, a dzięki temu zauroczeniu, zmontował swój pierwszy projektor, nie mając jeszcze dziesięciu lat. Po wojnie utrzymywał się z drobnego handlu, stając się z czasem niezależnym. Nigdy nie narzekał na swój los, a gdy w przyszłości krytycy próbowali tłumaczyć brutalność jego filmów doświadczeniami wojny, mówił „można mi wierzyć lub nie, ale miałem bardzo szczęśliwe dzieciństwo”.

Jako nastolatek zauważył, że koledzy lubią jego towarzystwo, przyznają, że jest zabawny i umie zainteresować opowiadanymi historiami. Zamarzył więc o szkole aktorskiej, choć jego ojciec sugerował, by został spawaczem. Ale młody Romek ciągle marzył o scenie, udało mu się nawet wystąpić kilkakrotnie w Teatrze Młodego Widza. Poza tym oglądał każdą sztukę, jaką tylko wystawiano w Krakowie. Na niektóre potrafił chodzić tygodniami. Przez pewien czas uczył się w Liceum Przemysłu Węglowego, ale cały czas ciągnęło go w stronę sztuki. Dlatego zdecydował się przenieść do Liceum Sztuk Plastycznych, z którego, podobnie jak z przedszkola, został wyrzucony. Nie przejął się jednak zbytnio tym faktem, przyznając później, że wciąż chciał stać się „bohaterem wielkiej przygody”. Nie przewidział tylko, że przygody często będą przeradzać się w tragedie.

“Filmówka” i emigracja

Na początku nowej drogi chciał wyjechać z Polski i zostać pisarzem. Później zdawał do szkoły aktorskiej, ale PWST nie przyjęło go z powodu niskiego wzrostu. Niezrażony złożył papiery na Krakowski AWF, ale i tu go odrzucono. Mimo tylu porażek, z wielką determinacją ciągle poszukiwał dla siebie odpowiedniego miejsca. Ostateczną próbą miał okazać się egzamin do Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. Po trwających tydzień przesłuchaniach w końcu został zauważony i wybrany do szczęśliwej 9 spośród 312 kandydatów zdających na reżyserię. Z czasem okazał się zdolnym studentem, egzaminy zdawał przeważnie jako jeden z najlepszych. Za czasów „Filmówki” zaprzyjaźnił się na długie lata z muzykiem Krzysztofem Komedą, scenarzystą Jerzym Skolimowskim i pisarzem Jerzym Kosińskim.

Choć film dyplomowy został przyjęty przez wydział, Polański nigdy nie został absolwentem łódzkiej szkoły, z powodu nieoddania pracy pisemnej. Po opuszczeniu murów uczelni na Targowej nakręcił swój pierwszy pełnometrażowy film, który wywołał w prasie burzliwą dyskusję „po co i dla kogo robi się takie filmy”. Pisano, że nic w tym obrazie nie porusza. Rok później Nóż w wodzie został nominowany do Oscara, a Polański zdał sobie sprawę, że jeśli pragnie osiągnąć sukces w kinematografii, musi wyjechać z Polski. Po emigracji nie odwiedził kraju przez najbliższe 19 lat.

Tragedii ciąg dalszy

Początek zagranicznej kariery był dla reżysera niezwykle trudny. Doskwierał mu brak pieniędzy, często nie stać go było nawet na bilet na metro. Żył dzięki pożyczkom i gościnności poznanych osób. Poza fatalną sytuacją materialną, miał kłopoty osobiste, opuściła go żona. Został w Paryżu sam, bez pracy i mieszkania. Mimo trudnego początku nie zrezygnował ze swoich planów. Zaczął uczyć się angielskiego z płyt, ćwicząc bez przerwy, po 10 godzin dziennie. W przyszłości wspominał ten okres, słowami: „im ciężej pracowałem, tym bardziej czułem się szczęśliwy”. Był perfekcjonistą, na palnie powtarzał sceny czasem po 30 razy, dopóki nie stwierdził, że w pełni mu odpowiadają. Kiedy pracował przychodził do studia pierwszy, a wychodził ostatni. Pomagał aktorom, jak mógł, potrafił wejść po pas do lodowatej wody, by pokazać im, jak mają odegrać daną scenę. Sam także zagrał w wielu produkcjach, a postać sympatycznego fajtłapy, jaką wykreował, była w przyszłości inspiracją dla bohaterów filmów Woody’ego Allena.

Premiery jego produkcji zwykle wzbudzały wielkie zamieszanie. Było tak choćby z Dzieckiem Rosemary, gdy jedni nazwali film arcydziełem, inni sugerowali reżyserowi, by zaczął się leczyć. Zdarzało się, nawet, że dostawał listy z pogróżkami. Miał opinię dziwaka i wariata. Podejrzewano go o kontakty z sektą, szczególnie w okresie, gdy jego druga żona została brutalnie zamordowana. Przyjaciele pamiętają, że Roman był wówczas wrakiem człowieka. Miał jednak w sobie na tyle siły, by wziąć się do pracy jeszcze ciężej, niż kiedykolwiek. Sam decydował o tym, co i jak chce robić. Marzył o zekranizowaniu sztuki Szekspira? Producenci nastawiali się do tego pomysłu negatywnie? Nieważne, kręcił mimo braku wsparcia i nieprzychylnych opinii. Przyzwyczaił się, że często był jedyną osobą, która wierzyła w sukces. I pewnie dzięki temu uporowi z czasem współpracował z największymi gwiazdami kina, wymieniając choćby Jack’a Nicholson’a, Johnnego Deppa czy Harrisona Forda.

Od krytyki do Oscara

Z biegiem lat jego filmy zaczęły zarabiać ogromne pieniądze, najwięcej, bo aż 57 milionów dolarów dochodu przyniosły Dziewiąte wrota. Aż trudno sobie wyobrazić, że reżyser nie wykazywał zainteresowania zyskami. Kiedy kręcił, liczył się tylko efekt obrazu. A za honoraria wydawał dla przyjaciół przyjęcia, płacił za nich rachunki czy pożyczał, na co potrzebowali. I mimo sukcesów, wciąż cierpiał niesprawiedliwość, bo postrzegano jego filmy przez pryzmat prywatnego życia, wydając najczęściej niesłuszne opinie. Jednak być może, gdyby nie kontrowersje wokół jego osoby, filmy przez niego reżyserowane nie zdobywałyby tak wielkiego rozgłosu. Faktem jest, że prace Polańskiego, pomimo potwornej krytyki, zdobywały uznanie na całym świecie. Dla przykładu film Chinatown, reklamowany jako „nadchodząca klapa”, dziś określa się jako rewolucję w kinematografii, (nominowaną do Oscara w 11 kategoriach).

Ale prawdziwy przełom w karierze Polańskiego miał nastąpić dopiero w 2002 roku, gdy na ekrany kin wszedł najnowszy film reżysera Pianista. Po premierze we Francji twórca dostał ośmiominutowe owacje na stojąco. Okrzyknięto go bohaterem narodowym, legendą i geniuszem kina. Potwierdzeniem tych słów stało się zdobycie Oscara dla najlepszego reżysera, którego Polański otrzymał po ponad 40-stu latach pracy (stał się jednocześnie najstarszym laureatem w tej kategorii). Powiedział później, że wspomnienia Szpilmana „były opowieścią, której szukał od lat”. Zatem cierpliwość reżysera została w końcu nagrodzona. A może odniósł tak ogromny sukces, bo miał zasady, których przestrzegał, niezależnie od okoliczności, w jakich się znalazł? Nie robił filmu, pod którym nie mógłby się z dumą podpisać. Dzięki ciężkiej pracy i niezrażaniu się opinią krytyków, zasłużył sobie na miano Mozarta, Picassa czy Michała Anioła sztuki filmowej.

Kiedy prawie 60 lat temu Roman Polański, student polskiej szkoły filmowej, ogłosił na forum, że zamierza zostać światowej sławy reżyserem, koledzy poklepali go z uśmiechem po plechach, mówiąc, że miło jest sobie pomarzyć. Kto mógł odgadnąć, że powtarzane przez niego „najważniejsze, by bujać w obłokach” będzie najlepszą dewizą na start? Od czegoś musiał zacząć, a szanse miał takie jak wszyscy.

Pomocną w uzyskaniu informacji o życiu i twórczości reżysera była książka Christophera Sandforda “Polański”, w tłumaczeniu Zbigniewa Kościuka.

Autor: Paula Szewczyk

Author: Paula Szewczyk

Polonistka i dziennikarka, absolwentka dwóch uniwersytetów - w Łodzi i w Warszawie, zainteresowana przede wszystkim historią miast, i ludzi, nigdy nie odmawia książki.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *