Robert Lewandowski – Polak klasy światowej

bez ryzyka nie ma postępu

Jeszcze kilka lat temu Legia Warszawa nie chciała przyjąć go do drużyny. Dziś zabiegają o niego kluby z całej Europy, a prasa ściga się w pochwałach. Robert Lewandowski całym tym zamieszaniem zdaje się jednak najmniej zainteresowany.

Jego dewiza jest prosta „strzelać bramki i osiągać sukcesy”. Droga, jaką musiał pokonać, by być dziś „światłem piłki” była jednak dużo trudniejsza. Urodził się w Warszawie w 1988 roku. Można powiedzieć, że o karierze w sporcie zdecydowali za Roberta rodzice. Sami przez wiele lat byli związani zawodowo ze sportem. Matka trenowała siatkówkę, ojciec judo. To, że Robert zajmie się piłką nie było dla nich takie oczywiste. Początkowo uprawiał te dyscypliny, którymi zajmowali się właśnie rodzice. Nie pozostało to bez wpływu na jego późniejsze sukcesy piłkarskie. Dzięki treningom judo i „siatki”, Robert miał doskonałą koordynację ogólnoruchową. Jednak w głębi ducha wiedział, że to futbol stanie się jego życiową pasją. Początkowo ćwiczył sam, nagrywał się na taśmę, odtwarzał, analizował, co poprawić. Jeśli jakiś ruch mu się nie udawał, trenował, dopóki nie wykonał go odpowiednio. Jako dziecko oglądał mecze w telewizji i wyobrażał sobie siebie na murawie. Chciał podobnie jak jego idole stanąć na boisku, odśpiewać hymn i zagrać. Częściej niż na mecze, chodził jednak na treningi, by podglądać, jak zawodowcy przygotowują się do gry. Interesowała go strona techniczna, nie samo zdobywanie bramek.

Trening mimo wszystko

Dlatego zamiast marzyć, po prostu wziął się do pracy. Wiedział, że każdy dzień rzetelnych przygotowań, zbliży go do upragnionej, wielkiej gry. Zanim jednak trafił do najlepszych, musiał się zahartować. Pierwsze treningi w klubach odbywał na boiskach, gdzie nie zawsze była murawa, a o ciepłej wodzie można było jedynie pomarzyć. Wracał nieraz tak brudny, że mama w samochodzie rozkładała folię, by nie zabłocił siedzeń. Kiedy koledzy ze szkoły spędzali czas przed telewizorem, Robert pokonywał z piłką kilometry. Nie zaniedbał przy tym szkoły, starał się dobrze uczyć. Efekt był taki, że często zasypiał w ubraniu tuż po kolacji. Jako dzieciak był bardzo niski i chudy, grał jednak ze starszymi i większymi. Trener często specjalnie ustawiał go przeciw dryblasom, żeby przezwyciężał kompleksy. Mimo niewielkiej masy, nie zraził się do ćwiczeń. Wręcz przeciwnie, zadziwiał wszystkich, że potrafi sobie radzić z większymi od siebie. Stawał się coraz silniejszy. Siły nie mogło mu także zabraknąć w 2005 roku, gdy zmarł jego ojciec. Robert w wieku 17 lat musiał dojrzeć szybciej, niż rówieśnicy. Stał się jedynym mężczyzną w rodzinie. Od momentu wejścia do wielkiej piłki, dedykuje ojcu każdą bramkę spojrzeniem w niebo.

Zawsze może być lepiej

Kiedy po kilku latach systematycznych treningów Legia Warszawa nie chciała przyjąć młodego zawodnika do swojej drużyny, czuł ogromny zawód. Musiał szukać innego klubu. Jednak ani myślał zrezygnować z marzeń. W 2006 roku trafił do Znicza Pruszków. Wiedział, jakie ma cele i postanowił je osiągnąć. Wieczorami, po treningach, zostawał dłużej, żeby jeszcze trochę poćwiczyć. Był nadambitny. Zawsze słuchał trenerów, chciał wiedzieć, co poprawić, żeby następnym razem nie popełnić podobnych błędów. Ważnym momentem w jego karierze było poznanie Cezarego Kucharskiego, który pomaga mu do dziś. Zdaniem menagera talent, to za mało, by osiągnąć szczyt. Robert ma jeszcze umiejętność podejmowania decyzji, słuchania tego, co jest mu przekazywane i wyciągania odpowiednich wniosków. Kucharski wymyślił piłkarzowi dwuletnie cykle: grę w drużynie przez dwa lata i transfer do kolejnej. I tak najpierw „Lewy” grał ze Zniczem, by po dwóch sezonach trafić do Lecha Poznań, zdobyć z nim Mistrzostwo Polski i szukać kolejnej okazji do szlifowania umiejętności. Sam Lewandowski mówi, że gdy gra w piłkę jest po prostu szczęśliwy. Przed opuszczeniem Lecha wiedział jednak, że w kraju osiągnął już na tyle dużo, że czas sięgnąć po jeszcze więcej.

Polski nie znaczy gorszy

Na początku kariery jego umiejętności Pruszków wycenił na pięć tysięcy złotych. Poznań kupił Lewandowskiego za 1,5 miliona. Gdy odchodził, wart był już 4,5 miliona i to Euro. Właśnie tyle Borussia Dortmund zdecydowała się zapłacić Lechowi za polskiego piłkarza. To największa suma, jaką zaproponowano kiedykolwiek za naszego zawodnika. Zdaje się jednak, że gdy dochodziło do transferu, Borussia nie przewidziała, że oto kupuje sobie „żółto-czarnego magika”. Początkowo Robert musiał w Niemczech przełamywać kompleks chłopaka z Polski. Powtarzać sobie, że nie jest wcale gorszy od graczy z Zachodu. Trudno było to jednak osiągnąć bez znajomości języka. Dlatego bardzo zależało mu na nauce niemieckiego. Chciał swobodnie rozmawiać, żartować w szatni razem z chłopakami, być jednym z nich. Zaczął więc z czasem uczyć się sam. W dortmundzkiej drużynie stawiano na intensywne treningi. Kosztowały Roberta wiele wysiłku. Obiecał sobie jednak, że zrobi wszystko, by pokazać, że wart był tych wielkich pieniędzy. Choć nie od razu mu zaufano. Pierwszy rok nie grał nawet w podstawowym składzie. Zdarzało się, że mecz przesiadywał na ławce. Nawet, gdy dopuszczano go do gry i strzelał bramki, po dobrze rozegranej akcji wracał do rezerwowych. Wspomina ten czas, jako deprymujący, niecierpliwił się, chciał trafić w końcu do podstawowego składu. Jednak czuł, że należy wykazać się pokorą i zaufać trenerowi. Przeczekał więc ten etap, by chwilę później zadziwić swoją grą cały piłkarski świat.

Żywa legenda

Kiedy Jurgen Klopp czuł, że „Lewy” jest gotowy do gry, wprowadził go do podstawowej jedenastki. Jednak tego, czego dokonał Robert na boisku, nie spodziewał się nawet sam trener. Lewandowski do historii przejdzie jako zdobywca czterech bramek w półfinale Ligi Mistrzów w sezonie 2012/2013. Kiedy strzelał kolejno w 8., 50., 55. i 67. minucie gole Realowi Madryt, trybuny niemal oszalały. Do tej pory nawet największy piłkarz, Leo Messi, nie zdobył tylu bramek w jednym meczu półfinałowym Ligi. „Lewy” był pierwszym, który to osiągnął. Pisano o nim wówczas „Ludwig van Lewandowski, grający w rytmie gol gol gol”. Dzięki tak oszałamiającej grze Polaka, drużyna z Dortmundu po szesnastu latach miała szanse stanąć do gry o puchar. Niestety na Wembley wygrał Bayern Monachium, ale Lewandowski obiecał, że to ostatni raz, kiedy patrzy, jak inna drużyna odbiera tytuł. Spełnił jednak największe swoje marzenie. Zagrał o Puchar Europy. Po meczu był tak rozemocjonowany, że nawet nie pamięta, jak ściskał dłoń Angeli Merkel.

Jako swój największy atut Robert Lewandowski wymienia umiejętność przewidywania. Być może to właśnie dzięki niej stał się w ciągu kilku lat czołowym napastnikiem Europy. Robert nie ma wymagań od trenerów, wie, że każdy piłkarz musi o siebie zadbać sam. Dlatego nie czuje strachu przed niepowodzeniami. Mówi, że nigdy go nie załamywały. Dzięki nim jest dziś na tyle silny, że nie boi się także podejmować ryzyka. Przyznaje, że bez niego nigdy nie był tym, kim jest.

Podstawą w tworzeniu tekstu była biografia Roberta Lewandowskiego “Pogromca Realu” spisana przez Wojciecha Zawiołę.

Autor: Paula Szewczyk

Author: Paula Szewczyk

Polonistka i dziennikarka, absolwentka dwóch uniwersytetów - w Łodzi i w Warszawie, zainteresowana przede wszystkim historią miast, i ludzi, nigdy nie odmawia książki.

3 thoughts on “Robert Lewandowski – Polak klasy światowej”

  1. Pingback: Viagra
  2. Pingback: viagra
  3. Pingback: buy viagra online

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *